Upadek gabinetu

Autorem wiersza jest Jacek Kaczmarski

W struchlałych ministerstwach struchlałe jak kapłony
Na próżno larum grają trwożliwe telefony.
Cierpliwe rewolwery w szufladach półotwartych
Połączą dłoń ze skronią: zapewnią zmianę warty.

Skórzane limuzyny stękają z fascynacji
Wwąchując się w niepewność dróg drwiącej demokracji.
Biurka zrzucają skórę jak młode węże - prężne,
I klamki nagle mdleją - lubieżne, choć mosiężne.

Wyszczotkowanym cudnie cylindrom włos się jeży
Że one temu winne, nie leżąc jak należy.
Mankietów, kołnierzyków ciemnieją skrzące biele:
Ułomne ciało słowa państwowy zmienia szkielet.

Wołanie gazeciarzy ulicznych szarpie szmer:
"Dodatek nadzwyczaaa..." podnosi zysk gazetom;
Czytając książki z życia dyplomatycznych sfer
Myślałem - tak wygląda upadek gabinetu
upadek gabinetu...

Gabinet nie upada i fotel straż swą pełni
Telefon obojętnie to milczy, to dokucza;
Chrześcijanin samobójstwa zapewne nie popełni,
Lecz za to egzekucji bynajmniej nie wyklucza.

Szoferzy grają w karty aktami nominacji,
W granicach stoją wojska Semitów i Azjatów,
Do Boga modły w gniewie zanoszą demokraci
By natchnął posłów łaską, bo niosą przykład światu.

Nie nosi się cylindrów mankietów ni gorsów
I na szkielecie państwa nie staje się ciałem - słowo;
Lecz w niewidocznych żyłach gorąca płynie forsa
I szpieg jak wirus krąży skutecznie bo fachowo.

Gazety czarno-białą pogłosek mapę tworzą
I błądząc gorączkowo w tej dziwnej geografii
Plujemy na elektów - tak rządzić każdy może!
I mało kto się przyzna - ja tak bym nie potrafił!
ja tak bym nie potrafił...


Czytaj dalej: Przechadzka z Orfeuszem