Przykryje ziemię kruche – na miał starte – złoto,
Stopi się wszystko w czujnym, odwiecznym szeleście,
Jesień owinie regle ciemną terakotą,
Powleką się dni długie w wielkiem, gwarnem mieście,
Może to już ostatni, upalny dzień lata,
Żadną mgłą nie nasiąkła szafirowa próżnia,
Jest we mnie radość mądra, świeża i bogata,
Która liche źdźbło trawy w ogromie wyróżnia.
Spokojny, ciepły uśmiech jak fiołkowa gaza,
Gdzie tylko spojrzę – oczy łaskawie przysłania:
Zwyczajny mech – szmaragdem jest na wielkich głazach,
A śnieg – djamentem rżniętym, na skalnych wiązaniach.
Wbita w niebo – masztami szczytów – panorama –
Wygląda jak surowy zwał granitów, spiętrzeń,
Jak kamienny poemat w szafirowych ramach,
Albo gotyckie – cudnie przekrojone – wnętrze.
Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.