Rdzą i złocieniem
do ciebie piszę –
paloną barwą wszystkich pełnych uli –
a z nieba, co błękitem dziś ostatnim dyszy
biorę miseczkę lapis-lazuli.
Jesień zesuła skrzących farb mozaikę –
Za miasto chciałam gdzieś daleko iść –
w pustej aleji zakrwawiony liść –
na niezamkniętą upadł bajkę.
Może przez ziaren zagmatwanych ciszę –
podsłuchasz, czy oddycha – żyje –
czy się mu w żyłkach puls kołysze.
Parę kropelek lapis-lazuli znów na stronicę padło –
Miarowo stuka zegara wahadło –
Słucham – jakaś błękitna godzina znów bije –
obcem, dalekiem, przyśpieszonem brzmieniem.
Złotość i rdzę –
co się w łupinach kasztanów kryje –
lub bursztynowym sznurem z sosen broczy –
między tych liter grudki włożyć chcę.
Przez kreskowane długich alej cienie –
wciąż widzę twoje zbłękitnione oczy.
Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.