Niewysłany list

Chłód, pluta,
pluta, chłód, cicho,
na dworze ćma – jesienny mrok.

Deszczu miarowy, jednostajny chichot
spływa po rynnach chromatyczną gamą.
A potem nudny refren, rozwleczona nuta –
i znów od początku to samo – to samo.

Zapalam światło, ściszam krok
i długo stoję w oświetlonem oknie.

Ulica w deszczu szarzeje i moknie –
jakiś znudzony wlecze się przechodzień –
mija nierówny, zabłocony bruk,
potem dorożka z budą – monotonny stuk –
gwizd auta i wszystko jak codzień, jak codzień.

A potem nagle melodją wezbraną
wypłyną dźwięki klawiszów łaskawsze,
lecz mrą po chwili za dziesiątą ścianą.

Wiem wszystko naprzód: zapalą latarnie,
jak wczoraj, przedwczoraj, jak zawsze,
zrobi się ludniej na ulicy, gwarniej.
I znów tęsknota żrąca mnie ogarnie
za małym skrawkiem błękitnego nieba,
za górskim – w słońcu skąpanym – pejzażem,
za wonią igieł w smerekowym lesie.

Napiszę ci to w liście, znów skreślę, przemażę,
popłyną inne słowa – nie trzeba – nie trzeba –

Stary zegar zachrypłym kaszlem się zaniesie
i sucho wymówi jakąś półgodzinę.
Od latarń na kamienie światło spływa sine
i zakreśla woskowe, żółto-brudne koła.

Patrzę na mżące lampy, na trotuar śliski –
i nagle się mi zdaje, jak gdyby ktoś blizki
przejmująco i długo w pustce na mnie wołał.

Późno wieczór – stenogram urywany piszę,
serdecznym listem tobie odpowiadam,
że żre mnie tęsknota, że pragnę, że słyszę,
że dzisiaj pluta, że drobny deszcz pada,
że zegar znów godzinę jakąś wypowiada –
i auta krzyk przerywa monotonną ciszę.

Rano zakleję list i wiem, że po namyśle –
nigdy go przecież nie wyślę – nie wyślę.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.