List pierwszy

U ciebie także kolorowa jesień.
Od ognisk skrzydła dymu wolno w górę płyną,
Podszycie pachnie w suchym, złotym lesie.

Górą obłoki szybują pogodne
I tak przejrzyste, jak szklice sangwiną.

W takie dni winne, soczyste i chłodne –
Kiedy różowy buków spada liść,
Chciałabym z tobą w wirchy – na przełęcze iść.

Ręce w Popradzkim skąpać stawie –
Pod mgły jesiennej płynąć tusz,
W stalowym młynku halnych burz
Przycichnąć, zmaleć, zginąć prawie.

Ręce na klamrach podrapać do krwi –
I pod Lodowych wirchów runąć drzwi,

A gdy się z pod nóg głazu zsunie ząb –
Lęk poczuć i śmiertelny zięb.

Godziny długie tak w znużeniu trwać –
Ocknąć się – znów wstać,
Posłuchać jaką wielką falą –
Serca w zmęczonych piersiach walą,

Jak dech w rozgrzane biegiem płuca –
Grudami krwi gorącej rzuca.

Czuć w ten jesienny, rdzawy czas –
Jak wiosna się przewala w nas.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.