Niebo jest na przedwiośniu z miękkiej, szarej irchy,
Brózdy obłoków błyszczą – niby chryzoprasy,
Jak kratery wulkanów, dymią czarne wirchy,
Świecą rozcięcia dolin: z turmalinu pasy.
Prężne potoków żyły wzbierają perłowcem,
Ogniwami ze stali spięte na zakrętach,
Słońce jest rozwiniętym, malutkim żaglowcem,
Szybującym po nieba spienionych odmętach.
Pali się dysk miedziany, kipi rudy pożar,
Bluzgają krwią aorty, kłębią się kolory,
Biją o architrawy, zręby i naroża,
Potem gasną. A nieba twarz – jest jak staloryt.
Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.