Jesienią, jesienią –
serca buków się płomienią,
o zachodzie krwią zabroczą
nad urwiskiem, usypiskiem,
nad uboczą.
Karminową rdzą się palą –
nad zawianą dymem halą,
nad regli pomroczą.
A w złocone sierpem noce –
halny zagra, zachichoce,
swe huczące, gorejące
piersi otrze o konary,
o splecione trwoźnie więzie –
o gałęzie,
o bukowy las prastary.
Aż się kruche liście zlękną, –
nad dolinną zwisłe wnęką –
i z szelestem głuchym padną
na dno.
Świtem ziębną, ziębną, mokną.
Deszcz uderza w twoje okno –
długo, – długo, pereł strugą,
puka, stuka, wolno, skrycie,
mży o świcie.
Przez okrągłe rynien usta
pluszcze, chlusta.
I po nocnej poniewierce
gorzkiej, płowej beznadzieji –
do szyby przyklei
liścia krwawe, mokre serce.
Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.