W Zanzibarze – pod wieczór – na ulicy gwarnej,
Wzdłuż której biegną domki z rafy koralowej,
Przekupnie rozłożyli swe maty palmowe,
Arabską broń, indyjskie noże wielkie, krzywe.
Kłócą się, palą tytoń, albo żują betel.
Od studni idą czarne,
Roześmiane, leniwe,
Rozkołysane w biodrach, pół-nagie kobiety.
Na krępych nogach z białych muszel mają branzolety,
Płaskie, przekłute nosy,
Dobre, wielkie twarze,
Olśniewające zęby w rozchyleniu warg
I ciasno – w warkoczyki – posplatane włosy.
Codziennie w Zanzibarze –
Na ulicach – pod wieczór – odbywa się targ.
Arabowie, Murzyni, Parsi i Hindusi
Z liści bananów chwiejne związują wachlarze.
A na palmowych matach kule mandarynek,
Sandał, kauczuk, brązowe, kosmate kokosy,
Zielonawe annony, mango, jaja strusie,
Orzechy, ananasów głowy złoto-sine,
Gojawy i papaje, mąka maniokowa.
Obok skóry lamparcie, lwie i kość słoniowa,
Bawole rogi, wonne worki z gwoździkami,
Łuki i naszyjniki. Grzebienie i laski.
I znów owoce. Znowu maty z bananami.
Orgja kolorów! Koncert farb! I rozprażone blaski!
Zgłodniałe moje oczy patrzą, barwy chłoną.
Sytością dnia, dojrzałą pełnią się upajam.
A obok tłum – ruchliwa, zachwycona zgraja.
Torsy sprężyste, ciemne, jak z bronzu odlane,
Czarne, podłużne oczy, brody na czerwono
Henną malowane.
I niedaleko – gdzieś – twój uśmiech, jakby dawno znany.
Parę rupij, staremu dajesz Hindusowi
I bierzesz z maty kilka złotych mandarynek.
Ja wiem! To dla mnie! Już do ciebie płynę!
Już płynę, niby mussan – wiatr z południa wilgny.
Tajemnicy płynięcia nie umiem wysłowić.
Za chwilę spragnionemi usty do owocu przylgnę.
Nagle zaszumi zgraja, stłoczy się, pochyli.
W lustro morza upadnie słońca kula żółta,
Na wieczorną przechadzkę wyjdzie smutny sułtan.
Znikniesz mi z oczu. W tłumie zgubisz się falistym,
Pytać o ciebie będę w tutejszym języku –
W wartkim, śpiewnym narzeczu. Tak. W ki-suahili,
Lecz nikt cię znać nie będzie dziwny podróżniku!!
Wieczór patrzę w ocean wygładzony, czysty,
Na którym księżyc kołem ognistem się żarzy.
Na płynących felukach drżą gwiazdy świetliste.
Wieje musson. Już skończył się targ w Zanzibarze.
– – – – – – – – – – – – – – –
Idę miastem. Śnieg wali. Siwo-ciemna ćma.
Wiatr skośny siecze, chłosta. Fujawica gra.
Nagle: „Targ w Zanzibarze“. Szukam, szukam pilnie –
O tak. Ten obraz kiedyś był na wyobraźni filmie.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.