Wiosna w Zakopanem

Wiosna na bladem, jednostajnem niebie,
Porozpinała złote, nadszarpane freski.
Od południa nadwiewa wiatr ciepły, niebieski,
Pisząc zmarszczkami na wodzie niezgrabny erotyk.

W ukrytych sanatorjach werandują chorzy,
Śledząc ciekawie krwi plamki na chusteczek webie,
Dusze hodują kłamstwa słodki, bolesny narkotyk,
A płuca wczesną wiosną oddychają gorzej.

Z dachów kapie i bryzga w południowej porze,
Kałuże wody lśnią w słońcu jak owalne lustra.
Wąskiemi ulicami długo się wałęsa
Uśmiechnięty suchotnik –
I słońce czując na zmrużonych rzęsach –
Myśli: wiosna ma ciepłe i wilgotne usta.

O zmierzchu wiatr nacicha.
Narożna kawiarnia wabi mnie zalotnie,
Rzędem szyb oświetlonych namawia i czyha.
Muzyka gra. O szóstej ludzie płyną rzeką.

Wieczór pachnie wilgocią. Uciekam daleko,
Zamarzają znów kałuż wielkie, szkliste ślepia.
Nad głową zastyga jednolita sepja
I wygładza olbrzymie, ciemne nieba wieko.

Wszystko jest nagłe i ważne, jak na filmu wstążce.
Ktoś kładzie mi nagle rękę na ramieniu,
Ktoś głośno na mnie woła po imieniu.
Krzyczę: „kto? kto?“ Pusto. Nie widzę nikogo.
Idę po srebrnem szkle kałuż głuchą, ciemną drogą
I myślę: „Wiosną dzieją się rzeczy jak w ciekawej książce“.

Czytaj dalej: Do krytyków – Julian Tuwim

Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.