Rozraduj serce, słuchaj – już –
Od Orawicy leci, leci,
W sto, tysiąc, miljon hucznych burz.
Niebieskie za nim mkną tumany –
Ciepły, promienny, złoty kurz.
W gorących, halnych słońc zamieci
Gwiaździste pędzą, grzmią rydwany.
Ruch, falowanie, wir, lot, pęd,
Łoskot walonych drzew. Muzyka. Szum. Organy.
Jeszcze jeden załom, żleb i skręt –
I znów oddech. Uśmiechy. Zmęczenie.
Szerokie równie. Doliny. Niż.
Puste gościńce, wyręby, przestrzenie,
Pijana radość. Impet. Rozpasany taniec.
I nowe siły, cudowny pęd wzwyż.
Jeszcze jedna ubocz, wał, kamienny szaniec,
Trupami chojarów zaścielona głąb,
Wyrwy w reglach. Zniszczony, stratowany zrąb
I w lesie – po wyszarpanych pniach – głębokie, czarne rany.
A w dole na głuchych, opuszczonych drogach
Już tylko strach i zachwyt i trwoga.
Chodźmy w najwyższe szczyty Tatr –
W taki szaleństwem dzień nabrzmiały
Wir zmiecie gruzy naszych watr,
Zagrają wrzącej krwi hejnały –
Zahula młodość jak ten wiatr.
Źródło: Bunt lawin, Kazimiera Alberti, 1927.