Syn obywatelski

Grubą miał szyję i szerokie barki,
Lecz żadnej hydry nie zdusił w kolebce;
Wykręcał tylko gniazda i fujarki,
I raz zajeździł dwa fornalskie źrebce,
Hartując siłę na przyszłe jarmarki.

W szesnastej wiośnie — o chwilo przeklęta!
Do powiatowej posłano go szkoły;
Lecz póty w listach podnosił lamenta
Na srogich belfrów i chude rosoły.
Aż mu zrobiono raz na zawsze święta.

W tym czasie Amor jął go ranić ślepy;
Stał się zgryźliwym, rzucił dubeltówkę,
Zbrzydły mu konie, stodoły i cepy.
Wreszcie zdybawszy w sadzie pokojówkę,
Przysiągł jej miłość wśród zagonów rzepy.

A że wzajemną była mu dziewczyna,
Wniósł, że go wszystkie przyjmą równie czule,
W czem krwawej sceny leżała przyczyna...
Lecz, że zawczasu z luf wyjęto kule,
Więc się skończyło na rozlewie... wina.

To go w powiecie uczyniło sławnym;
Że zaś prócz tego ten szlachcic zuchwały
Tenorem beczał, silnym acz niewprawnym,
Wszystkie więc panny w sąsiedztwie uznały,
Że jest młodzieńcem nadzwyczaj zabawnym.

Odtąd czas dzielił między polowanie,
Grę w karty, miłość i sesje z faktorem;
Wkrótce też o nim powtarzano zdanie,
Że jest szlacheckich dżentelmenów wzorem —
I żyd mu każdy mówił: „jaśnie panie“.

Gdy go rzucili i mama i tata,
(Poczciwym duszom wieczny odpoczynek!)
O własnej sile stanął pośród świata,
I dowiódł wszystkim, że szlachecki synek
Wie, jak należy spędzać młode lata.

I próżno bijograf siliłby się który —
Jego życiorys odmalować ściśle,
Wołowej na to potrzeba-by skóry,
Tak prędkim w czynach, tak dzielnym w pomyśle
Był ten młodzieniec rycerskiej natury.

On to kuligiem, przez wodę i błoto,
Grono młodzieży obwoził hulaszcze,
Przyczem panowie z zapustną ochotą
W swoich lokajów przebrali się płaszcze,
Mówiąc, że znaczne i w popiele złoto.

On to w Łowiczu, w kole młodej szlachty,
Podniósł krzyk wielki przeciwko pisarkom,
Którzy w gazetach, tak wielkich jak płachty,
Nigdy pokoju nie dając jarmarkom,
Ganią koniarstwo i żydowskie pachty.

On to raz wyrzekł na mównicy z beczek,
Że okpić żyda nie jest żadnym grzechem;
Co komuś było powodem do sprzeczek,
Ale co większość przyjęła ze śmiechem,
Krzycząc, „niech żyje nasz dzielny Jasieczek!“

On (bo inwentarz jego dzieł nie krótki)
Pół wsi przybyszom odstąpił giermańskim,
I na pniu lasek sprzedawszy młodziutki,
Chwycił się wreszcie obyczajem pańskim,
Karcianych igrzysk i pędzenia wódki.

On... ale dosyć. Kto z was epilogu
Ciekawy, niech się rozejrzy dokoła. —
W wiejskim gdzieś dworze, zobaczy przy progu
Postać, co zda się na pozór wesoła,
Lecz ile cierpi, to wiadomo Bogu...

Jeśli więc pozna, że ta postać licha
Pragnie być zawsze słodką, jak karmelek,
I jakby wszystka zamarła w niej pycha,
Pokornie korki wyciąga z butelek
I intonuje pieśni do kielicha;

Że do snu małe kołysze panięta,
Ą pannom trzyma włóczkę i bawełnę,
Że każdej chwili ma minę od święta,
Kieszenie śmiesznych dykteryjek pełne,
I dla służących niedrogie prezenta;

Że u przyjaciół dobry obiad dostać,
Jest dla niej dzisiaj marzeniem jedynem —
Jeśli to dojrzy... niech wie, że ta postać
Obywatelskim była niegdyś synem.
................
Trudno zasłudze przed losem się ostać!

Czytaj dalej: Deszczyk - Wiktor Gomulicki