Zasłona oddalenia

Krąg słońca do snu się toczy;
Ostatni blask jego uroczy,
Jak te pomiędzy strunami
Cichnącemi dźwięczne echa,
Ubarwionemi chmurkami
Oku świata się uśmiecha.
Rodzina wzgórzów, w półkole
Na wschodnie niebo spuszczona.
Jak wielka wschodu osłona,
Tu wstęgą rozwija pole,
Tu szyby wieśniaczej złotem
Błyska, jak drogim klejnotem;
Tam doły półcieniem skryte,
Tam ciemniej barwione laski,
Rzuca w tysiączne obrazki
Jak ręką sztuki uszyte;
Gdzie niegdzie na szczycie wzgórza
Samotna gęstwina drzewek,
Których pnie toną dla oczu
W czystej oddali przezroczu,
Ledwie tło niebios przychmurza,
Jak obłoczek, jak wyziewek
Nocy gdy się z gór wynurza.
O! czarodziejski widoku,
Żebym mógł skrzydłem ptaszyny
Ulecieć w owe krainy,
Dusząbym się w nich rozpłynął,
Jak blask po wzruszonym stoku,
Jak łza uczucia po oku;
Dusząbym i ciałem zginął.
O! lepiej zostań z daleka.
Biada, biada tego czeka,
Kto pragnie, kto przymuszony
Drżeć oddalenia zasłony.
Złudzenie podwójnej twarzy
Łatwiej niżli światło pryska;
Zdala cudne, niechże z bliska
Oko tknąć się je poważy,
W tejże chwili jak przed dmuchem
Uleciało kwiatka puchem
I w swych plecach widzieć dało
Szatańską ohydę całą.
Tegom nie znał, tegom doznał,
Gdym przyszłość w obecnem poznał.
Wyrzucony na brzeg ziemi,
Rozmarzony snem kołyski,
Jakie słałem jej uściski!
Bo przed oczami mojemi
Tak cudnie leżała ona,
Jak ta ze wzgórzów osłona.
Wyspa w czasu oceanie
Świeciła memu spojrzeniu,
Ślepionemu dali siłą,
Przez młodzieńczych lat zaranie,
W owej tęczy rozbarwieniu,
Którą na obłokach brudnych
Oko słońca zawiesiło;
Patrząc na ten smug barw cudnych,
Na ten dziw najmilszej zgody,
Ach! któżby, któżby powiedział
Że to są łzy niepogody?
I mnie przed myślą młodzieńczą
Zawieszał podobną tęczą
Przyszłe życie czasu przedział:
Rajskie miało być ustronie,
A w niem żywot pełny, cichy
U ogniska własnej chatki,
Wieńczyły je siwe skronie
Zgrzybiałego ojca, matki,
Rozpromieniały uśmiechy
Żony, istoty anielskiej,
Pustowało grono dziatek;
Jak rzeka płynął dostatek;
W oczach wdzięk przyrody sielskiej,
W myślach pewność błogiej chwały.
Jak nad sercem nad zagrodą,
Jak pierś, jak nieba leżały
Ludy szczęśliwe swobodą,
Ziemia nową duszą wielką,
Wolna Polska-rodzicielka,
Wolna, kwitnąca i wielka.
Gdzież to wszystko? cóż się stało
Z marzeniami uciech sielskich?
Z widziadłami sfer anielskich,
Z Polską, ludami i chwałą?
Z drogich serc kłębek zgnilizny,
Matka, rodzina w żałobie,
Świat w ucisku, Polska w grobie,
A ja?… tułacz śród ojczyzny.
Dziś już i złudzeń zjawisko
Nie wiesza zasłon na oku.
Wszystko nagie, wszystko blisko;
Dziś mój żywot — to urwisko,
Woda ot! tego potoku:
Urwisko jałowe, dzikie,
Wieczna pastwa rwącej fali,
Czy się na niem kwiat zapali,
Czy skromna trawka uczepi,
Brzeg się natychmiast odszczepi
I leci w kipiącą rzekę,
Ta łup chłonie i rwie dalej.

Czytaj dalej: Burza – Seweryn Goszczyński

Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.