Chodźmy, Janie, na to wzgórze,
I usiądźmy tu, pod brzozą.
Płynie jesień w mglistej chmurze,
Goniec zimy gwiżdże łozą;
A tam! na wierzchołku drzewa
Szkielet wianuszka powiewa.
Czy pamiętasz ten spoczynek,
Gdy go nasze plotły dłonie,
I zawiesiły w tej stronie
Przyjaźni na upominek?
Czy pamiętasz jego farby
Przy letniego słońca blasku?
Jak zmieszane światła skarby
W czarodziejskim tęczy pasku,
Tak płonęły jego farby;
A dziś, patrz, jak trupie lica,
Taka zimna, taka blada,
Niebieska jasność przyświeca,
Na zczerniały wianek pada.
Uważ, uważ co się dzieje
Z pięknym przyjaciół wianuszkiem!…
Kiedy nad śmiertelnem łóżkiem
Światło gromnic zajaśnieje;
Kiedy śmierci anioł niemy
Zamgli źrenicę chorego,
W milczących twarzach niesiemy
Smutki ostatnie — dla niego.
Jak tam wyraźnie czujemy
Po boleśnem serca biciu,
Że ubywa węzła życiu,
Pękają ziemi ogniwa,
Łańcuch bytu się rozrywa.
Czucia ten łańcuch składają,
Gdy się mnożą, rośnie życie,
Psuje się, umniejsza skrycie,
Kiedy czucia przemijają.
Po co tak smutne marzenie?
Rzućmy je; tutaj nasz wzgórek,
Tu nasze zblakłe zielenie!
Niechaj z błędnym lotem chmurek
Po przeszłości myśl ulata;
Niechaj pobuja w swobodzie,
Pamiątką szczęścia bogata;
Jak to skrzydełko motyle,
Ręką wiosny malowane,
Dzisiaj wiatrami tarzane,
Krąży, igra jakąś chwilę
Po tumanach i po chłodzie.
Niechaj igra, a my siądźmy,
Jeszcze łzy szczęścia dobądźmy,
Niechaj łzy szczęścia promieniem
Cień zasępienia umilę.
Kiedy nam losów niestałość
Gotuje w przeszłości żałość,
Posilajmy się wspomnieniem.
Ćmi się brzoza mgłą obwiana,
Jakby kirem zasłoną;
Jak źrenica zapłakana
Zimną rosą listki płoną,
I z wiatrami złośliwemi
Rozlatują się po ziemi.
W podobnych łzach i żałobie
Widziałem oblubienicę:
Po utracie oblubieńca,
Na niedawnym jego grobie,
Zasiewała okolicę
Listkami ślubnego wieńca.
Jak tam boleśnie po oku
W płacz się rozlał śmiech wesela!…
Ja korzystałem z widoku,
A ty!… słuchaj przyjaciela.
Używajmy chwil co płyną,
Używajmy nim przepłyną,
Jutro, w godzinę, w minutę
Może nie być jak w tej dobie;
Jutro, w godzinę, w minutę,
Zszedłszy się jak za pokutę,
Możem być nieznośni sobie.
Możem zimno ścisnąć siebie,
Obojętnie się przywitać;
Możem o siebie nie spytać.
Gdy więc przyjdzie, że dla ciebie
Dłoń ta będzie bez płomienia,
Bez duszy moje spojrzenia,
Bez spółczucia moje słowa;
Niech się przynajmniej wychowa
Pamięć tego posiedzenia;
Ach! nie niszcz jego wspomnienia!
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.