Z oszklonej wychodzę sieni –
Owiewa mnie winny – jak jabłecznik – chłód.
Powietrze musujące sokami jesieni.
Wiatr. Za parkiem wąski – jak tasiemka – skrót.
W obciśniętym kostjumie, w czarnych lśniących butach –
Na schodach wyprężona stoję niby trzcina:
Nozdrza rozdęte. Spięte brwi.
Drżę. Czekam.
Skrótem, zdaleka –
gnają, śmigają –
araby pełnej krwi.
Raz dwa, raz dwa –
piersi wprzód –
w chrapach wiatr gra – gra – gra.
Roztańczony galop – pęd.
Rdzawą otulone mgłą –
gonią do mnie. Jeszcze skręt –
i już są – już są.
A ty – mój mały dżokej – w ukłonie się zginasz,
Niedbale cedzisz: „Lady! jaka dziś marszruta?“
Nie widzę ciebie wcale. W czarnych lśniących butach –
Na schodach – wyprężona – stoję niby trzcina.
Powietrze w nozdrza rozchylone chwytam –
Z miejsca bieg – tak – już –
dudnią – dudnią – grzmią kopyta –
świsty wiatru – wiatru tusz – –
w płucach ogień – w skroniach stuk –
impet – śmigły taniec nóg.
Świat się cały gnie w ukłonie –
aksamitne grzbiety drżą
pokryte potu rosą,
prą araby moje – prą.
Ścigły lot.
Czujny rytm. Roztętniony pęd.
Rozkosz we mnie kipi, płonie
od nozdrzy do pięt.
Jeszcze jeden rów i płot –
jeszcze jeden skręt.
Grzbiety arabów połyskują rosą,
patrzę na ciebie z pod olśnionych powiek,
czy nigdy się już nie dowiem
dlaczego jedziesz przy mnie, zimny niby posąg?
Patrz! Jestem wyższa od ciebie o głowę.
W uszach wioliny grają – w skroniach dzwony.
„Lady wrócimy?“ Brwi spięłam. „Zmęczonyś?
Milcz! Dziś weźmiemy debry wszystkie i parowy!
Dżokeju mały! Dzisiaj ze mną wyścig!“
Drażni mnie zapach butwiejących liści –
swój oddech złączyłam z araba oddechem,
przeszywam powietrze ze świstem – jak strzała,
kipię buntem – ogniem pałam.
Kapelusz rzuciłam na wiatr – daleko –
ze śmiechem.
Serce dzwoni,
wargi – smagane wichrem – pieką.
„Mały dżokeju! nie dogonisz!“
Sekunda nad – zasłaną jałowcami – debrą.
Kto pierwszy z nas?
W pulsach dźwięczące tętna –
Pod powiekami roztopione srebro.
Długi, wklęśnięty jaru pas:
Wspiąłeś araba. Leci.
Potworny świst i skok.
Za chwilę: czy to ty naprzeciw?
Usta się twoje do mnie śmieją –
Dzieli nas parów i jakaś mgła mętna.
W lęku schyliłam się nisko.
Szalony ruch – w bok.
„Przy tobie jestem
zuchwały dżokeju –
symfonją wiatru osnuta –
przy tobie tak – blisko“.
Na twoją twarz z świszczącym szelestem –
ostra szpicruta
pada.
Wyrwałeś mi ją z ręki i rzuciłeś w przepaść.
Błysnęły zimno oczy – niby indykolit –
A wargi wycedziły wolno: „Lady! to nie boli“.
Wieczór – w błękitnej sukni – oszalała, blada
Zcałowuję krwawiącą na policzku szramę,
To mój cudowny film. To moja miłość ślepa.
Jakże go dziś oboje doskonale gramy.
O świcie stoję w oknie. Wilgotną aleją –
Idziesz smutny, schylony. Odjeżdżasz dżokeju?
Na szybach – rozbębnionych kropel – cichnie taniec –
Wiem, że już cię na żadnym nie spotkam ekranie.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.