Japan tea

Późno wieczór, gdy smoking room’y pustoszeją,
Przechadzam się samotna po ciemnym pokładzie,
Skądś – zdaleka – wysokie, słone wiatry wieją,
Na malachicie morza czarny cień się kładzie.

Cicho się do mnie zbliżasz.
Szczupły, o ściągłej – wichrem posiekanej – twarzy,
„Cóż ty – Icumi – znowu o Japonji marzysz?“
Głos się twój nagle załamuje, zniża.

W moich oczach błysk wąski, skośny się przyczai:
„Dziś w Tokio – „Święto Ryb“. Dzień piąty piątego miesiąca.
Symbol szczęścia: wydęty wizerunek karpia Tai“.

„Więc o tem myślisz? Teraz?“ – sucho, wolno wtrącasz.

W któryś wieczór, gdy fale luną burzliwie i stromo,
Gdy w ich śpiewie podchwycę buntu dziką nutę –
Niespodzianie do mojej zapukasz kajuty.
„Nie boisz się – Icumi?“

Krwawy płomień po naszych ześliźnie się twarzach.
I choć wiem wszystko – żal mój umiejętnie stłumię:
„Nie boję się, bo – – – jestem żoną Joritomo,
Wielkiego dygnitarza“.

Aż wreszcie po dniach ciepłych i szerokich prądów,
Rano do błękitnego przypłyniemy lądu.

Nie odczujesz w mym głosie leciutkiego drżenia.
Miękko – jak płat wistaczy – spadnie: „Dowidzenia“.

Nie odpowiesz. Oczami na mych wargach zwiśniesz.
Zleci mój uśmiech mały, niby chmurka wiśni.

A potem tyle upłynie miesięcy.
Rok. Może dwa. Może nawet więcej.

Aż, w któreś „Święto Wiśni“ – albo w Nowy Rok,
Gdy nad Fuji – wieczorem – krzywy sierp zabłyśnie –
Twój wśród szpalerów nagle zaszeleści krok.

Oglądniesz lilipucie drzewka w mym ogrodzie,
Karłowate jawory, niskie żywopłoty
I cień się twój odbije na parkowej wodzie.

A potem –
pokażę ci stoliczki z połyskliwej laki,
morskie pejzaże Okya, rzeźbione posążki.
w safian oprawne moje ulubione książki,
jedwabne parawany,
po których wielkie, złote pędzą ptaki,
miseczki z malowanej w kwiaty porcelany,
groteskowe „netzuki“, wazy ze Satsumy
i bronzy, które kupił Joritomo w Kioto.

Dam ci talizman, cacko ze słoniowej kości.

I spłynie krótka chwila świątecznej zadumy
I tak się wolno ręce na kimonie splotą.

„Jedź ze mną na dalekie wyspy, oceany,
Ja wiem, że i ty pragniesz przygód, awantur, miłości“,

Zaśmieję się szeroko i odpowiem ci:
„Kapitanie – pozwolisz może „Japan tea?“

Wśród karłowatych drzewek – ścieżką odejdziesz tą samą,
W ogrodzie ciemno. Księżyc przepłynął dawno już nad Fujiyamą.

I dopiero w ostatnim akcie szloch mnie zdławi –
Łzy błysną – na kimonie, o kolorach pawich.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.