Kadhi i renifery

Ostatni pies mój – Kadhi – wlecze się po śniegu –
Zgłodniały, w przymarzniętej do boków uprzęży.
Patrzy na mnie bezradnie.
Do góry wznosi zakrwawiony łeb.

A wokół mroźny, głuchy, lodowaty step,
Zawiana, pusta otchłań bez granic, bez brzegów
I tylko w górze mały, wypłowiały księżyc.

Drogi mój Kadhi! Ostatni psie! Szkielecie pokrwawiony!
Zrywałam się wśród czarnej nocy, na postojach,
Nadsłuchując, czy rzęzisz, czy dyszy pierś twoja,
Czy jeszcze bije serce dzielne, niestrudzone.

I w tej szczerej pustyni, w tej północnej głuszy,
Śledziłam drżenie sinych, opadniętych powiek
I w twoje napuchnięte, odmrożone uszy,
Kładłam słowo po słowie:

„Drogi mój Kadhi! Ostatni psie! Szkielecie pokrwawiony!
Zabrakło nam sucharów i suszonych ryb
I tylko sól została w woreczku – gdzieś – na dnie“.
A potem jeszcze ciszej, z lękiem i bezładnie:
„Padł Faun i Lux, Gromigraj. Kadhi i ty padniesz!“

O świcie już nie wstaniesz. W obwisłej szczęce zalśnią białe, ostre kły.

Wtedy usłyszę nagle jakiś szybki skrzyp.
To ty!!!
W zadymki pędzisz puszystym obłoku!!

Zaprzagniesz do mych sanek wypoczęte psy,
Ubierzesz mnie w niedźwiedzie skóry, siądziesz przy mym boku
I z świszczącą zawieją pognamy gdzieś, w step.

Nie wiem co dalej będzie. Zachoruję pewnie.
Drogi Kadhi! w gorączce ujrzę twój spuchnięty łeb
I łapy oblepione płateczkami krwi.

Uśmiechnę się do ciebie przyjacielsko, rzewnie
I pomyślę, że może wszystko mi się śni?

Ale wreszcie się zbudzę. Przez otwarte drzwi –
W oparze rzeźkim, mroźnym, niebiesko-perłowym –
Widzę ciebie i reniferów twoich dwie łagodne głowy.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.