Pluszową rozchylą zasłonę –
Zaszeleści allegra niecierpliwy takt.
Wbiegnę.
Ręce go góry wzniesione.
Wargi rozwarte, jak pąsowy lak.
Zadyszana – w płynących jak wodospad włosach
Przystanę na sekundę. W ramionach się przegnę
I w waszego podziwu przyciszonych szmerach,
Wysoka, giętka, bosa –
Popłynę jak tancerka Stucka lub Kellera.
Obsypią mnie pośpieszne pianissim świegoty.
Strząśnięte z flażoletów srebrne krople triolek.
Jak gwiazda zawiruję szybko w tiulu kole.
Zaskrzypi, zaćwilika przenikliwy motyw.
Zakołyszą się dłonie –
Jak na wiosennym wietrze blade anemony.
Siedzisz na zaciemnionym, dalekim balkonie,
Przesyłasz mi ukłony.
Wiotki tiul się rozchyla na strzelistych biodrach.
Biegnę – biegnę pod rytmu trzepot rozpalony,
W źrenicach światłość modra.
Tańczą ręce w olbrzymiej tęsknocie rozpięte –
Wonieją heliotropem –
Różowe tańczą pięty –
Wąziutkie płyną stopy.
Zakwitam w gazy nachmurzonym puchu –
Przeginam się w pół-łukach,
Może odnajdę ciebie w rytmie tym i ruchu
I może siebie odszukam.
Objęta napastliwym, złotym reflektorem –
Płonę. Dygocę. Każdy fibr gra we mnie,
Owijasz mnie spojrzeniem obłąkanem, chorem,
To wszystko nadaremnie.
Nagle głos jakiś w altach przerwie się, zarzęzi –
„Nie mogę zejść do ciebie! Ktoś mnie tu uwięził“.
Żyję tylko na – twojej fantazji – ekranie.
Mówisz: „Więc to ty jesteś – moja Kya Ilvani?“
„Zejdź do mnie zaraz! Boję się, że zginiesz!“
„Nie mogę. Dzisiaj tańczę w Dreźnie i Londynie“.
„A jutro?“ – Ukłon. – „Jutro Madryt i Lizbona“.
Rozsypały się triolki. Opadła zasłona.
Wychodzę. Twarz otulam srebrzystą woalką.
Nie. Nie mogę przypłynąć do ciebie – na balkon.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.