Maskarada

Naiwnie i dziecinnie zaseplenią flety,
Krzykną w głos saksofony –
Bębny i puzony –
A potem cały zaśmieje się jazz.

Jak wiatr zawieją ciepło wiolonczele –
Zaszumią skrzypce, trąby i klarnety –
Stukną mosiężne czinele.

Dzwonkami zatrzepocą śpiewnie tamburina,
Zapachnie słodka ambra, biały bez.

Na sali zawirują błazny i domina,
Fauny, pazie, stańczyki i poliszynelle,
Pierroty z obręczami fałdowanych krez:

Akrobaci i gejsze, hinduskie tancerki,
Treflnisie, marynarze, mnichy, woltyżerki.

I znowu – jak co roku – zjadą Pulcinelle,
Don Juany, Hamlety, różowe pasterki.
Na schadzkę z nieznajomym, którego już szuka
Całe życie po wszystkich, wielkich maskaradach,
W gęstym, srebrnym czarczafie przyszła pani blada.

Naga bachantka rudym owinięta szalem –
Głośno śpiewa i płynie w zawrotnych pół-łukach –
I jak fala zatacza coraz szerszy krąg.

Z torreadorem śniadym tańczy Kolombina.

A do szczuplutkich rąk
Małego arlekina –
Zachłanną ust spiekotą przywarła cyganka –
I wróży –
Że mu się wszystko spełni w życiu – jak w kabale.

Don Kichotowi przypina Hiszpanka –
Szkarłatną różę.

Jest Romeo, Otello, Rabin, Dalaj-Lama,
Tatuowany majtek i kerowa dama.

Szwajcar z przybocznej gwardji czujnie wypatruje –
„Madame la Reine – czy wejdzie?“ – i przez które drzwi?
I pewnie się mu śni –
Jej uśmiech tajemniczy, jak trzepot motyla.

Nad naiwną pasterką Chińczyk się pochyla –
Szyję warkoczem czarnym, długim oplątuje.

Czarnoksiężnik rozdaje pigułki zielone –
„Połykajcie!! Do siedmiu liczcie!! Będziecie szczęśliwi!!“

Jazz szumi, dudni. Tańczą trubadurzy tkliwi,
Beatricze, westalki, sułtan, dziwożony.

A rano – gdy w rynsztokach – śniegu topnieją liszaje
I gdy się popielaty, brudny świt już budzi –
Do domów swych wracają smutni – w limuzynach ludzie
I ogień zły w zmęczonych oczach ich się czai.

Chińczyk warkoczem – białą udusił pasterkę,
A czarnoksiężnik otruł Otella, Rabina,
Paru pierrotów, gejszę, małą woltyżerkę.

„Madame la Reine“ – nie spotkał Szwajcar zakochany –
Cyganka opuściła swego arlekina.
I choć się trubadurzy, mnisi rozjechali –
Choć świt na szyby szkice nieudolne kładzie –

Ktoś w bębny i czinele jeszcze śpiesznie wali –
Ktoś krzyczy zachrypnięty; „W serce pa-all!“

A na estradzie –
Gdzieś pod festonów chwiejnych nawisem –
W czerwonym fraku – bezbrzeżnie smutny stoi reżyser

I krzyczy głośno, głośno: „Carneva-al!!“

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.