Portret ze świecami

Suknią w kolorze lśniącej, ciemnej terakoty,
a na ramionach płomień wąski, purpurowy:
szal w kwiaty o dzbanuszkach bronzowych, liljowych –
ze złotem.

Czarna grzywka, co czoło aż po brwi zasłania
i oczy – podkreślone węglem – w bok patrzące
i usta – jak nicejski gwoździk płonące, gorące –
usta pełne – pąsowy znak pytania.

I dekolt – przypadkowo? – tak en coeur wycięty
i tylko te – nad głową – szeroko rozpięte,
ciemne jak sadza chmury.

Szyję, ramiona, głowę – złotym obwiodłeś konturem,
który od poszarpanych, skośnych chmur mnie dzieli.

Potem – tak – od niechcenia – dotknięciem żółtej pasteli
po obu stronach mojej zapaliłeś głowy
dwie świece puszyste, wysokie –
i odsunąłeś na bok kredki kolorowe,
odeszłeś od sztalugi twardym, sztywnym krokiem.
A teraz za cieniutką, chłodną szkła ochroną
te świece w dzień i w nocy palą się i płoną.

I zdmuchnąć ich nie mogę – i zdmuchnąć się boję –
choć wspinam się na palcach i długo – tak stoję.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.