Za oknami – czubami drzew trząsł
styczniowy wiatr.
Iskrzący, kłujący mróz –
zapalał na szybach kryształowe ognie.
W szkatułce – ciemny wyszukałeś pąs,
który na tle szafiru jakoś dziwnie zbladł.
Ja wiem. Tą kredką teraz rozdrapiesz ranę moich ust.
– Pani schyliła się. O! może niedogodnie?
I znów pastele kruszą się pryskają –
złamane węgle na ziemię padają.
Tą kredką, którą do rąk bierzesz właśnie –
podkreślisz uśmiech, który topnieje i gaśnie.
Przeszyje mnie spojrzenie, jak bolesna sonda.
– Skończyłem. Ten uśmiech. Moderne Gioconda.
Podeszłam blisko – oglądam.
Milczenie. Krótki, zadziwiony ruch.
Nazajutrz – gdy rozwijam portret u ramiarza –
drżą palce. „Pan nie strząśnie? Pan będzie uważać?
bo wie pan? to taki wątły ten pastelowy puch“.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.