Osty. Bodziaki. Blue grass. Wiosna w stepach kipi.
Gorący oddech płynie rozkwitniętą prerją.
Nad Missisipi –
Nad „Wielkim Ojcem Wód“ – błądzę już tyle dni.
Spękane usta mam i poranione stopy.
Wieczorem – gdy się wśród traw – o smutnych oczach przemkną antylopy,
Znajdziesz mnie małą Jenny. Ostrożnie pasiastą owiniesz draperją.
Otworzę oczy. Zobaczę twoje czarne – ku skroniom wydłużone – brwi.
I nie wiem, kim będziesz –
Lotnym cowboyem, co w szalonym pędzie –
Na mustangu – po szyję – w trawy się zanurza,
Nieujarzmiony, pierwotny, potężny jak burza;
Czy też traperem, groźnym koczownikiem –
O piersiach twardych, sklepionych,
Który na jaguary poluje i bizony –
Na skomlące kujoty i na pumy dzikie.
Kim będziesz – nie wiem.
Może skwaterem, który pod wigwamy
Płonące podrzuca zarzewie – –
Wiem tylko, że się w prerjach. na wiosnę spotkamy.
Brwi się rozsuną twoje w nagłem zadziwieniu
I powiesz mi bezradnie: „Jenny!“ – po imieniu.
Otulisz mnie w jaskrawe, w żółte pasy płótno.
Zostanę z tobą w prerjach. Nie będzie ci smutno.
I już od dzisiaj jedna droga nam wypada,
Od Missouri – przez Kanzas – po Sierra Nevada.
Przebrniemy wszystkie stepy w tę wiosenną porę:
Colorado, Nebraske, Indian-Territory.
Aż w któryś dzień, gdy wreszcie zabraknie nam mięsa –
Pójdziesz w step. Ja sama będę się wałęsać.
Raniutko – na ościeńcach – dojrzę krwawe plamy.
Znajdę cię zabitego pod pustym wigwamem:
To ja, twoja Jenny!“ – krzyknę w głuchej ciszy,
Ale się nie poruszysz – ani nie usłyszysz.
Tylko zbłąkany odgłos, echo pójdzie prerją.
Uklęknę – jak ty niegdyś. Owinę cię draperją.
Nie udźwigną cię moje wąziutkie i bezbronne dłonie.
– – – – – – – – – – – – – – –
W sali zapalą światło. To mojej „Wiosny w prerjach“ – koniec.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.