Na komedji

Czarną chantillę zepnę lila chryzantemą –
Zachwieje się jak obłok, przy mym boku – nisko.
Z limuzyny wysiądę – przed teatrem – z tremą –
I pośpieszę na życia wielkie widowisko.

Sama wejdę do jasnej, zapełnionej sali.
Rząd drugi. Numer ósmy. W środku jest mój fotel.
Dadzą znak. Jakby na mnie tylko tu czekali.
Na czarnej, wiotkiej sukni – chłodne ręce splotę.

Potoczą się błazeńskie twoje słowa – kruche –
Niby ziarnka w dziecinnej grzechotce zaskaczą.
Poprawię kwiat zbyt szybkim, zadziwionym ruchem.
Więc taka jest komedja. Myślałam inaczej.

I wszystko ci się dziwnie w tych trzech aktach spełni.
Wesołość na widowni strzeli niby szampan.
Spojrzymy sobie wreszcie w oczy, lęku pełni –
Niemożliwości czarna rozdzieli nas rampa.

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.