Kiedy nasza szkoła ogłosiła, że klasy ósme mają wspólnie przygotować przedstawienie na Dzień Edukacji Narodowej, nikt nie spodziewał się, że stanie się to powodem tylu problemów. Wybraliśmy fragment „Zemsty” Aleksandra Fredry, bo polonistka stwierdziła, że tekst jest zabawny, a jednocześnie pozwoli nam lepiej zrozumieć literaturę. Na początku wszyscy byli podekscytowani. Wyobrażałam sobie, że wspólna praca z klasą 8b będzie okazją, by się zintegrować. Niestety szybko okazało się, że będzie inaczej.
Kiedy tylko zaczęliśmy rozmawiać o dekoracjach, rozpętała się prawdziwa burza. Najwięcej emocji wzbudził mur. Nasza klasa, 8a, chciała, żeby wyglądał jak najbardziej, jak prawdziwy: duży, solidny i ciężki. Koledzy z 8b byli oburzeni. Ich zdaniem mur z wielkich płyt będzie zbyt ciężki i nikt nie da rady go przenosić. Niby chodziło tylko o styropian i farbę, ale atmosfera robiła się coraz gorsza. Jedni mieli pretensje, że druga strona nic nie rozumie, a drudzy czuli się zlekceważeni. Próby zamieniały się w kłótnie, a na przerwach już nawet nie rozmawialiśmy ze sobą. W pewnym momencie pomyślałem, że zamiast wspólnego spektaklu będziemy mieli własną małą „Zemstę” we współczesnym wydaniu.
Pewnego dnia zostałam po lekcjach w pustej sali. Wolałem w ciszy przeczytać jeszcze raz fragmenty lektury. Na ławce leżał egzemplarz „Zemsty” z biblioteki. Otworzyłam go na scenie, w której Cześnik i Rejent spierają się o mur. Czytałem powoli, starając się znaleźć jakieś rozwiązanie. I wtedy wydarzyło się coś niewytłumaczalnego. Litery na kartce zaczęły się poruszać, a z książki wysunęła się postać młodego mężczyzny w stroju, który z pewnością nie był współczesny. Zamarłam, bo dobrze wiedziałam, kim jest – to był Wacław, syn Rejenta Milczka. Znałam jego losy: miłość do Klary, konflikt z ojcem, próby pogodzenia zwaśnionych rodów. Teraz stał przede mną i patrzył uważnie, jakby od razu zrozumiał, z czym mam kłopot.
Następnego dnia zabrałam go na próbę. Nikomu nie powiedziałam, że to bohater literacki, bo i tak by mi nie uwierzyli. Przedstawiłam go jako „znajomego, który zna się na teatrze”. Początkowo nikt nie zwracał na niego uwagi, bo wszyscy byli zajęci swoją racją. Gdy jednak kolejny raz wybuchła kłótnia o mur, Wacław odezwał się spokojnym tonem. Mówił, że w jego świecie mur również był źródłem sporów i że prawdziwy problem tkwił nie w cegłach, ale w pysze ludzi. Zasugerował, aby połączyć oba pomysły: zrobić mocną podstawę, którą zbuduje 8a, i lekką ruchomą część, którą przygotuje 8b. Dzięki temu mur będzie jednocześnie solidny i łatwy do przesuwania. Na chwilę w sali zapanowała cisza. Pomysł był tak prosty i rozsądny, że nikt nie miał odwagi się sprzeciwić. Wreszcie zaczęliśmy myśleć wspólnie, a nie przeciwko sobie.
Przygotowania do spektaklu nabrały tempa. Zaczęliśmy budować mur i dopiero wtedy zrozumieliśmy, ile pracy wymaga nawet prosta dekoracja. Trzeba było mierzyć, malować, przyklejać, a potem jeszcze testować, czy konstrukcja się nie przewraca. Nagle okazało się, że ci, którzy wcześniej najgłośniej się kłócili, teraz potrafią razem ciąć styropian albo mieszać farbę. Podczas jednej z prób podstawę malowało dwóch chłopaków z naszej klasy, a ruchome skrzydła ozdabiały dziewczyny z 8b, które wcześniej nie chciały nawet ze sobą rozmawiać. Sama pomagałam przy prowadnicach, a kiedy coś nie działało, wszyscy wspólnie szukaliśmy rozwiązania. Poczułam, że zaczynamy tworzyć prawdziwy zespół, a nie dwa obozy.
Od tamtej pory atmosfera na próbach zmieniła się całkowicie. Podzieliliśmy się zadaniami i każdy miał wrażenie, że jego wysiłek jest potrzebny. Kiedy ktoś zaczynał narzekać, inni przypominali, że najważniejsze jest przedstawienie, a nie udowadnianie racji. Nawet żarty wróciły, a próby stały się lżejsze. Wacław patrzył na to wszystko z satysfakcją, choć sam nie musiał już prawie nic mówić. Wystarczyła jego obecność, żebyśmy pamiętali, że mur nie ma nas naprawdę dzielić, tylko pomóc pokazać sens lektury.
Wreszcie nadszedł dzień występu. Sala gimnastyczna była pełna uczniów, rodziców i nauczycieli. Na początku byłam bardzo zdenerwowana, ale gdy zobaczyłam, jak mur wjeżdża na scenę, poczułam dumę. Dekoracja wyglądała imponująco, a w odpowiednim momencie rozsunęła się na dwie strony. Publiczność zareagowała oklaskami, a my zrozumieliśmy, że udało nam się stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Najlepsze było to, że obie klasy odbierały brawa razem, bez podziału na „my” i „oni”.
Po spektaklu chciałam podziękować Wacławowi, ale już go nie było. Została tylko kartka włożona między strony „Zemsty” z napisem: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Pamiętajcie o tym nie tylko na scenie.” Schowałam ją do zeszytu i do dziś mam wrażenie, że była prawdziwa. Kiedy wspominam tamte wydarzenia, wiem, że lektury mają sens. Pokazują, że spory i kłótnie powtarzają się w każdej epoce, ale zawsze można znaleźć drogę do porozumienia. Wacław miał odwagę przeciwstawić się ojcu i wybrać miłość zamiast dumy. My dzięki niemu zrozumieliśmy, że nawet z największego konfliktu można wyjść zwycięsko, jeśli potrafi się szukać kompromisu.
Od tamtej pory, gdy w klasie wybucha jakakolwiek sprzeczka – czy to o miejsce na boisku, czy o projekt na lekcji – przypominam sobie nasz mur i radę Wacława. Uświadamiam sobie, że zamiast krzyczeć i obrażać się, lepiej szukać sposobu, by każdy mógł dodać coś od siebie. Nie zawsze wychodzi, ale wiem, że próba porozumienia jest warta więcej niż wygrana w sporze. I choć nikt z kolegów nie zna prawdy o tajemniczym pomocniku, ja zawsze będę pamiętała, że przez chwilę bohater lektury stał obok mnie i naprawdę odmienił naszą szkolną rzeczywistość.
Aktualizacja: 2025-09-15 15:52:37.
Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.