Na dzień otwarcia nowego teatru w Krakowie

(Scena krakowska przed rozpoczęciem Balladyny. Ukazuje się postać kobieca w białej szacie).

Już wszędzie cisza. Zanim drgnie zasłona
I nad obrazem dziwnych czasów wstanie,
Ja wciąż zwalczana, ale nie zwalczona,
Przychodzę dom ten objąć w posiadanie.
A gdy wam powiem, kto jestem, rozbłysną
Takie promienie i taka tęczowa
Jasność dokoła, na pierś się wam głowa
Pochyli, pełna wspomnień, łzy z ócz trysną
I dacie mi hołd serc.
        Jam polska mowa.

Zaczarowana ja jestem królewna,
Która przed ludzką przemocą ucieka
I zda się czasem, żem jutra niepewna,
Jakgdyby los mój był w ręku człowieka!
Nieraz gdy z własnej mię ziemi wygnano
I ślad stóp moich zatarto po drodze,
Ja w noc miesięczną powracam świetlaną
I jako Skierka, pod strzechy zachodzę
I uczę, póki łuczywo się pali,
Wspomnień z przeszłości i piosenek z dali.

Myślą, że jestem tylko skargą rzewną
Ucieleśnioną, bezbronną królewną,
Płaczką pogrzebów, czy błahą lutnistką,
A ja, jak Kirkor, biorę na ramiona
Skrzydła orlicy i nieustraszona
Wypowiem wszystko i rozbudzę wszystko.

Dziś tu stanęłam, gdzie wybawień słowo
Mam na zaklęcia. Dziś jestem królową.
Nie zawsze chodzę w całym majestacie,
Kryję go nieraz w smutny strój pielgrzymi,
Lecz choćbym z dali w zgrzebnej przyszła szacie,
Wy, obcujący z królami zmarłymi,
Stróże wielkości, wiem, że mię poznacie.

Chcę z wami zostać, cieszyć się wybuchnąć
Śmiechem, jak wasi ojcowie się śmiali,
I jeśli fałsz się na tę ziemię zwali,
Śmiechem go przegnać, jak mgławicę zdmuchnąć,
Chcę wszelką marność i niskość wyszydzić,
Bym nie musiała kląć i nienawidzieć.
Za śmiechem już mi tęskno. Długie lata
Przeszły mi w żalu, a dzisiaj mi błogo...
Chciałabym wstrzymać tę myśl, co ulata,
Serce, co pyta, czy nie brak tu kogo?
Ale powiedzcie, czy mi się to zdaje,
Że jakieś całe bliskie, wielkie kraje
Wołają za mną – i że jacyś prości
Ludzie błędnemi tu patrzą oczyma,
Że nas ktoś błaga, że nam kto zazdrości,
Że są w dniu mojej chwały i wielkości
Swoi i drodzy, których tutaj niema.
Zanim się dzień ten uroczysty zaćmi,
Wspomnijcie wszystkich, pomyślcie nad braćmi.

A potem mówcie, czy i was nie dziwi,
Że po tych deskach, po tym moim świecie,
Nie chodzą ludzie rycerscy a żywi?
Czy gdy się czasem tutaj śni poecie,
Wy się w marzeniach jego poznajecie?
Mówcie, jeżeli w przyszłości dalekiej
Spytają późne a spokojne wieki,
Jaką pieśń tłumom dałam w czas boleści,
Maż na odpowiedź buchnąć płacz niewieści,
Albo świat marzeń powstać czarnoksięski,
Gdzie Chochlik skrzydły złotemi szeleści?
Mamże im wyznać, że w głuchych dniach klęski
Śpiewu nie brakło, brakło nuty męskiej,
I że Tyrteusz w zbroi, harfiarz w bieli
Już mię odeszli i śmiercią posnęli?...

O pieśni, córko moja, ja dziś tobie
Chcę błogosławić, bo gdym w żalu marła
I śniłam tylko o spokojnym grobie,
Tyś mi podwoje cmentarne zawarła,
Tyś mię skrzydlata niosła po krainie,
Gdzie tylko nocą powietrzny duch płynie.

Lecz dziś od ciebie innego chcę śpiewu,
Dziś mi nie starczą żale i tęsknoty,
Pośród kochania chcę grozy i gniewu.
Wiatr porozwiewał mary bajki złotej,
Jak sny Aliny, błogiej i dziecinnej,
W przededniu skonu.
        Dziś chcę pieśni innej.

Dzisiaj ja patrzę, z której idzie strony
Ten mój poeta, śmiały i natchniony,
Oczekiwany od lat i stuleci,
Ten, co w tym domu silne męże wznieci.
Dosyć się długo pieśni unosiły
Samotne, tęskne, pośród nocy głuchej,
Jako ogniki, lub płomienne duchy,
Które migocąc, powstają – z mogiły.
Niech mój poeta przyjdzie i uderzy
Stopą o matkę-ziemię, a wyskoczy
Nie mar powiewnych korowód uroczy,
Ale tłum żywych, ale huf szermierzy,
Co pójdą śmiało w życia walkę zdradną
I mogą polec – ale nie upadną.

Czyście już wszyscy takim snem zaspali,
Że nie słyszycie tego głosu z dali,
Co żąda siły, choć się tylko żali?
Czy się nie zerwie tu nikt i nie wzbudzi,
Dawnych rycerzy, w czarnej lśniących stali,
Albo dzisiejszych, smutnych, żywych ludzi?

Na co czekacie? Czy wam bólów mało,
Czy się wam jeszcze niedość krwi przelało,
Niedość dramatów odsłoniło życie,
Niedość miłości marniejących skrycie,
Które czas łzami uświęcił i chwałą?

Niech mój poeta wstanie! Ja go w moje
Najczystsze blaski i barwy ustroję.
A gdy, za jego rozkazem, królowie
Wkroczą w te progi, gdy męże powstaną
Z duszą niezłomną i krwawiącą raną,
Wszystkie me skarby dla niego odnowię.
On mój najmłodszy syn! Niech ufa we mnie,
Nie będzie kochał, walczył nadaremnie,
I póki moje dzierżawy ogromne
Mnie nie zapomną, ja go nie zapomnę.

Jednego nie dam: wszechświatowej sławy
I w tryumfalnych go dniach nie zawiodę,
Kędy ku niemu rwą się duchy młode,
A ja wygnanka jestem: do Warszawy.
Dziś z nim w krainę nie pójdę daleką,
Gdzie fale Wilii w niemeński bród cieką,
Srebrzy się Ikwa. Lecz i tam żyć będzie
W jakiejś nadludzkiej chwale i legendzie.
Gdy czasem jedną duszę tam podeprze,
Pobłogosławi mu dusz innych tysiąc
I pozna dumny, że serca najlepsze
Mnie ani jego nie chcą się wyprzysiądz.
A jużby dusza tkwiła w nim nikczemna,
Gdyby mu ciche i nieśmiałe echo,
Powracające chwilami z nad Niemna
Nie było sławą, dumą i pociechą.

Dorastające niech wie pokolenie,
Czego ja żądam od tej ziemi synów,
Że przyszłam tutaj rozrzucać nasienie
Nie hiacyntów i róż, lecz wawrzynów,
Że nawet w pieśni szukam dzisiaj czynów,
W tragedyj życia – tragedyj na scenie.

Może poeta mój gdzieś jest i czeka
Na szczere słowo dobrego człowieka,
Może o wielkich postaciach gdzie roi,
Młody i trwożny, czy do chwały mojej
Nutę swej pieśni bolesnej dostroi?
Może z tą pieśnią wyśnioną, poczętą
Pokornie przyszedł dziś na moje święto
I tego nie wie, że dusz panowanie
Ja jemu oddam...
        Gdzie jest? Niechaj wstanie!

Czytaj dalej: Jesienne popołudnia – Konstanty Maria Górski

Źródło: Wierszem, Konstanty Maria Górski, 1904.