Światło popołudnia rozlało się po szkolnym boisku tak, jak rozlewa się atramentowa plama na kartce – szeroko, błyszcząco, trochę niechlujnie, ale pięknie. Wracałem do domu z plecakiem ciężkim od zeszytów i myśli, gdy nagle przy bramie zobaczyłem mężczyznę w niezwykłej kamizelce, utkanej jakby z kolorowych guzików. Miał sterczącą brodę i wesołe oczy, jakie rzadko widywało się u dorosłych. Trzymał pod pachą kałamarz tak wielki, że starczyłby na zapisanie wszystkich moich wypracowań z polskiego. Kiedy uśmiechnął się do mnie, rozpoznałem go bez chwili wahania.
— Pan… Pan Kleks? — wyjąkałem, chociaż serce podskoczyło mi jak piłka.
— Właśnie, mój chłopcze — skłonił się. — Ambroży Kleks, do usług. Wyglądasz, jakbyś potrzebował odrobiny koloru w swojej szkolnej codzienności.
Czytałem o nim na kartach książek, a teraz po prostu stanął obok mnie. Nie zapytałem, skąd się tu wziął, bo przecież takie pytania są całkiem niepotrzebne, kiedy dzieje się coś ważnego. Zamiast tego pozwoliłem się poprowadzić do parku, gdzie usiedliśmy na ławce.
— Słyszałem — powiedział Pan Kleks, nalewając z kałamarza odrobinę atramentu na czystą kartkę — że potrzebujesz dowodu, iż warto czynić świat lepszym. A ja dowody kolekcjonuję. Najchętniej w postaci kleksów.
Zanim zdążyłem zaprotestować, na papier spadła okrągła kropla. Pan Kleks przyłożył do niej drugą kartkę, klasnął i rozsunął tafle papieru. Powstał kleks w kształcie skrzydeł.
— To lekcja kleksografii — wyjaśnił. — Patrz i opowiadaj, co widzisz.
Widziałem chłopca, który podaje rękę komuś płaczącemu za szkolną salą. Widziałem dziewczynkę przy stole, jak dzieli kanapkę na pół. Widziałem dyżurnego, co nie tylko ściera tablicę, ale uśmiecha się do tych, którzy zostają po lekcjach. Zdziwiłem się, że taki zwykły kleks potrafi pomieścić tyle niezwykłych obrazów.
— Widzisz? — pokiwał głową Pan Kleks. — Atrament tylko pokazuje to, co i tak masz w środku. Trzeba już tylko odwagi, żeby to wypuścić na światło dzienne.
Zaczął opowiadać mi o swojej Akademii, gdzie kleksografia jest jednym z przedmiotów. Wyjaśnił też, że przyjmuje wyłącznie chłopców o imionach na literę „A”. Wydawało mi się to trochę dziwne, ale zanim zdążyłem dopytać o szczegóły, z kieszeni surduta pana Kleksa wychyliła się czarna główka. To był ptak, jak się domyśliłem – szpak Mateusz. Zapytał Ambrożego o piega, ale ten mu odmówił i kazał poczekać.
— Właśnie o piegach chciałem z tobą porozmawiać — ciągnął Pan Kleks, jakby czytał mi w myślach.
— Znasz takiego jegomościa jak golarz Filip?
Kiwnąłem głową.
— Na szczęście — dodał Pan Kleks, zerkając na Mateusza — nie wszystko, co zrodzone z chłodu brzytwy i zawiści, ma ostatnie słowo. W Akademii częściej zwyciężają wyobraźnia i dobro.
Nie rozumiałem, dlaczego te historie miały przekonać, że świat można uczynić lepszym. W końcu miałem mnóstwo nauki, w szkole było wielu niemiłych chłopców, nauczyciele czasem wpisywali uwagi zupełnie bez powodu. Czy kleksy i piegi mogły to zmienić? Zapytałem o to pana Kleksa.
— Małe rzeczy mogą naprawdę wiele zmienić. Piegi są drobne, ale rozjaśniają twarz. Kleks jest plamą, ale zmienia białą pustkę kartki w historię. Dobro to właśnie takie drobnostki. Weźmy choćby Mateusza: jego urywane słowa uczą cierpliwości. Trzeba się w niego wsłuchać, czyli postarać się o zrozumienie. A rozumieć — to pierwszy krok do naprawy świat – wytłumaczył pan Kleks.
Usiedliśmy nad kolejnym kleksem. Tym razem dostrzegłem w nim moją klasę. Przy ławkach siedzieli koledzy, z którymi nieraz przekomarzałem się o byle co. W kącie stał Kuba ze spuszczoną głową, bo ktoś wyśmiał jego czytanie na głos. Wzrok przeniósł się na panią od matematyki, która po lekcjach zostaje z nami, choć udaje surową.
— Widzisz — powiedział Pan Kleks — jak wiele w tej jednej plamie zależy od ciebie? Gdybyś podszedł do Kuby, pogratulował mu odwagi… gdybyś zapytał panią, czy jej w czymś pomóc… Gdybyś przyniósł do klasy małe „piegi dobroci” i przyklejał je tym, którzy zrobili coś miłego.
— „Piegi dobroci”? — powtórzyłem, a szpak Mateusz z kieszeni dodał: — …broci!
— Wystarczy kolorowy papier i nożyczki — rzekł Pan Kleks. — Każdy przyklejony pieg to widzialny ślad dobra. A kiedy ktoś zrobi coś złego, nie zmazujemy piegu brzytwą, tylko dodajemy obok kleks — przypomnienie, że błąd to początek opowieści, którą można opowiedzieć lepiej.
Zachichotałem, bo wyobraziłem sobie klasę usianą kropkami i plamami. Ale im dłużej o tym myślałem, tym poważniejszy się stawałem. To wcale nie był dowcip. To był plan.
— A jeśli ktoś będzie się z tego naśmiewał?
— Wtedy — odpowiedział Pan Kleks — przypomnisz sobie golarza Filipa. On też myślał, że ostrą brzytwą i złośliwością można zmieniać świat. Ale wiesz, co robił naprawdę? Zostawiał po sobie tylko gładką, smutną skórę bez piegów, bez radości. To, co cieszy, bywa kruche. Trzeba tego pilnować.
Z kieszeni Pana Kleksa wysunęła się mała koperta. W środku leżały papierowe kropki: złote, seledynowe, niebieskie jak niebo nad boiskiem i czerwone jak tarcza z godłem.
— Tu masz zapas na początek — powiedział. — Ale pamiętaj, że najważniejszego piegu nie da się przylepić z zewnątrz. Powstaje w środku.
— W sercu? — zapytałem.
— Właśnie — odparł Pan Kleks i zamrugał do mnie. — To pieg uważności. Bez niego będziesz przyklejał znaczki dla zabawy. Z nim — będziesz widział, komu ich naprawdę potrzeba.
Przez chwilę milczeliśmy. W parku pachniało kasztanami, a na kartkach schnęły kleksy — jak małe jeziora, w których można zobaczyć odbicie własnej twarzy. Pomyślałem o szkolnym korytarzu, na którym czasem mija się ludzi jak figury z planszy: byle szybko, byle wygrać. Pomyślałem o wychowawczyni, która nosi ciężką torbę, o woźnej, która sprząta nasz bałagan, o koledze, z którego wszyscy się śmiali. Postanowiłem, że spróbuję być lepszy, na początek przynajmniej w tych małych, codziennych sprawach.
Aktualizacja: 2025-09-04 16:41:48.
Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.