Kiedy starsi plemienia Lakotów zasiadają wieczorami wokół ognisk, często popadają w zadumę. Spoglądają wtedy na pląsające po żywicznym drewnie płomienie, po czym tajemniczym tonem zaczynają snuć opowieść. Legendę ich ludu z czasów, gdy człowiek nie znał jeszcze dobrodziejstwa wynalazku, jakim jest ognisko.
Dawno temu, kiedy Wielkiej Równiny nie przemierzał jeszcze żelazny koń białego człowieka, Lakoci bardzo cierpieli. Ich wojownicy byli dzielni, a kobiety mądre i zaradne, mimo to, każde upolowane zwierzę musieli jeść na surowo. Nocami zaś doskwierało im zimno oraz ataki drapieżników. Nie znali bowiem sposobu, aby ugotować strawę i ogrzać się po zachodzie słońca.
Wśród nich żył pewien młody wojownik o imieniu Czerwone Skrzydło. Nie był może najwytrwalszym łowcą, ani najsilniejszym spośród mężczyzn plemienia. Miał jednak dobre serce i pojmował więcej nauk starego szamana Burzowej Chmury, niż ktokolwiek inny.
Pewnego dnia wojownik tropił zwierzynę na Wielkiej Równinie. Okropny żar lał się z nieba na głowę Czerwonego Skrzydła. Nadchodziło bowiem południe — czas, kiedy słońce potrafiło nawet doprowadzić do śmierci nieostrożnego człowieka, błąkającego się po bezkresnej prerii. Och, pomyślał młodzieniec, jak dobrze byłoby mieć bodaj cząstkę tego ciepła pośród chłodu nocy! Szukając miejsca do przeczekania największej spiekoty, Czerwone Skrzydło dosłyszał żałosne skomlenie. Zaciekawiony tym odgłosem ruszył ku skalnym rozpadlinom, które tworzyły przed nim fantastyczny kształt. Na dnie wojownik dojrzał rannego kojota. Zwierzę leżało na boku, dysząc ciężko. Tymczasem słońce wschodziło nad prerią. Wkrótce jego promienie zakończyłyby w okrutny sposób żywot nieszczęsnego czworonoga.
Serce Czerwonego Skrzydła ścisnął żal na perspektywę tak przykrego losu. Ostrożnie zszedł po wystających z ziemi skałach. Sięgnął za plecy po swój bukłak, a resztkami własnej wody zwilżył pyszczek zwierzęcia. Wtem, niczym od zaklęcia szamana, czworonóg wstał. Jednym susem wyskoczył z rozpadliny. Przystanął jednak, nim zniknął wśród równin. Swymi żółtymi ślepiami przeszył twarz młodego wojownika.
Wtedy Czerwone Skrzydło zrozumiał. Przypadkowo przyszedł z pomocą nie biednemu zwierzęciu, a samemu Duchowi Kojotowi — boskiemu kpiarzowi, mistrzowi sztuczek i podstępów. Miejsce, z którego go uwolnił, było zapewne pobojowiskiem. Zostawił go tam boski Wi — Wielki Bizon, będący samym słońcem. Najpewniej wcześniej przebódł Kojota swymi niebiańskimi rogami za jakiś figiel.
Gdy zapadł zmierzch, Czerwone Skrzydło powrócił do swojego plemienia. Noc jak zawsze przyniosła potworny chłód. Głodni ludzie kulili się do siebie pod skórami bizonów. Zapewne część z nich miało nie doczekać poranka… Nagle, młody wojownik usłyszał za swymi plecami wycie. Obrócił się, by spostrzec Kojota, przyglądającego mu się z ciemności. Zwierzę potrząsnęło głową, a z jego pyska spadły na suchą trawę lśniące iskry. Wtem mrok rozświetliło światło i ciepło. Nie pochodziło ono jednak z nieboskłonu, a od dziwnego zjawiska przed stopami Czerwonego Skrzydła. Było niczym falująca woda, jednak jasne i groźne. Kojot uniósł z ziemi suchą gałąź i przystawił ją do cudownego blasku. Wtedy języki przeskoczyły na drewno, a boski kpiarz podszedł z nimi do wojownika i mu je wręczył. Był to ogień, wzniecony przez iskry spod kopyt Wi, które Kojot ukradł dla ludzi.
Czerwone Skrzydło powrócił do plemienia Lakotów, niosąc im światło i ciepło. Od teraz już nigdy nie mieli bać się nocy, ani zimna. Wszystko to dzięki dobremu sercu… oraz odrobinie wdzięczności boskiego kawalarza.
Aktualizacja: 2025-04-04 17:02:00.
Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.