Wizerunek człowieka Słomczyńskiego

Od Słomczyna — gdzie z kościelnej skarpy
Na cmentarz
Jest spadzista okolica,
Sołtys z bratem Ignacem pognali na łeb na szyję
Aż do Jeziornej.

Tam —
W „Jeziorance”
Poukręcali sobie opiumowe makówki,
Na cztery wiatry rozkurzyli czupryny
I z wielkim niesmakiem rozdziobali śledzia.

Ser
Leżał odłogiem — nawet palcem nie tknięty,
Niby tercjarka w gordyjskim gorsecie.
(Macedoński w sam raz wyszedł, był tylko Przedni-Turecki.)

Więc chłopi napluli na swego,
Czapki w garść
I nuże przekomarzać się z drzewami.

Śmietana w Krakowie zdążył już wytrząsnąć trąbkę,
Kiedy Słomczyńscy dopięli celu —
Jednego wespół,

Bo Ignac aż do wieczornego udoju chodził z rozpiętym.
A tedy wydarzyła się Przepoczwarna Historyja z Zegarkiem.

Kiedy Sołtys dał się wieść
Pomiędzy Scyllą i Charybdą nieznajomków,
Z kamizelki — suwerennie — wyściubił się zegarek
I w ścieku ulicznym narobił chlupotu.

Tonął majestatycznie,
Ruchem wahadłowym,
Według ściśle nastawionych wskazówek,
Z śrubką zaszpuntowaną jak u każdego Titanica.

Gapiów
Naschodziło się z miejsca zatrzęsienie,
Zwłaszcza tych nabożnych, z postnej mszy w Klarysewie —
I z kolejki na Chyliczki.

Wszyscy w sobie niemówni, bo co ledwo pacierz
Wygadali, a tu rzecz dziejowa.
Zresztą tenor nadawał
Sam Sołtys, gdy sznapsbarytonem —
W czeluści kanału kalesony maczając —
Tak gawiedź pouczał:

„Przyrządy do mieszania czasu,
Które wyławiamy,
Składają się przede wszystkim z kół
I części wykonujących ruch obrotowy (...)

Aby te koła mogły się łączyć
Dla zapewnienia ciągłego ruchu,
Muszą posiadać na swoim obwodzie
Wystopyrczenia
Różnego kształtu (...)”

Tu wziął powietrze,
Zanurzył się w ścieku,
Dno długo macał
I wychynął z niczym.

„Koło stożkowe wypukłe
Powstaje tedy, gdy wystopyrczenia
Mieszczą się na zewnątrz
Powierzchni stożka
W płaszczyźnie równoległej do jego podstawy (...)

Koło palczaste lub daktyloides (...)
Koło zębate lub glattoides (...)
Koło gwiaździste lub astroides (...)
Koło piłkowe lub klimatoides (...)
Koło kopulaste,
Jakby wysadzane drogimi kamieniami (...)”

Tu brat go na szelce — po raz wtóry — w czeluści zanurzył,
Sołtys wziął krzyż na drogę i pomaszerował w topiel jak Bartek do wojska.
Pora była zaobiednia, od kościołów wiało pulchnym plackiem,
Więc ten i ów skrzętniś raz po raz czmychał do „Jezioranki”,
Spijał śniegi dubelta, długo grzał się w „Życie”,
I harcował po talerzu z pohańcem — Tatarem.

Aż tu nagle Sołtys — nad podziw wybałuszony —
Wypłynął na powierzchnię i jął suchą stopą
Przechadzać się tam i z powrotem po klarysewskich bałwanach.

„A czy wiecie, niegodni, że w skarbcu Ermitażu
Leży Meisterverck z drewnianym werkiem?
Nie znajdziesz w tym chronometrycznym kurduplu
Ni grama żelaza,
Nawet sprężyna jest cała z hebanowej strużyny.

Wszyćkie Regalia Carów Groźnych i Wielkich;
Caryc i carówien
Agrafy,
Guzy,
Szpile,
Złotem przetykane famurały Carewiczów —
Za jaje stoją przy tym wystruganym cacku”.

Tego za wiele było na Klarysewkich. Nagle wielką ławą
Runęli na Heretyka i pomieszali szyki —
Ledwo się Sołtys za kapeluszem obejrzał,
A już mu Ignac rower podsuwa
I radzi grzecznie salwować się ucieczką.

„Nieprzegapiona niedziela” — rozpedałował się Sołtys,
I widać było, że ogromnie rad.
A że w lesie zmierzchało, wnet objaśnił drogę
Wybronionym w burdzie
Kagankiem oświaty.

Czytaj dalej: Lekcja anatomii (Rembrandta) - Stanisław Grochowiak