Do Jana Rembielińskiego

Autorem wiersza jest Franciszek Dionizy Kniaźnin

Pamiętne wynieść staramy się imię:
Cnota i rozum tej żądają chluby.
Ale cóż, Janie, po znikomym dymie,
Który swej szuka na powietrzu zguby?
Raca do góry wyniosła się pięknie:
A jakiż koniec? zabłyśnie i pęknie.

Taki płód słońca, motyl znamienity,
Co się urodził pod wiosenną chwilę,
Pełen farb ślicznych, a powietrzem syty,
Wyżej wzlatuje nad inne motyle.
Chłopięta za nim strzelają oczyma:
Polatał trochę i już ci go nie ma.

Obaczył słońce, doświadczył polotu
I swoją krasą wieś małą zabawił.
Wtem zapadł kędyś u niskiego płotu:
Przecież on sławę po sobie zostawił.
Ozwą się dzieci: szkoda jego straty!
Piękny motylek, motylek skrzydlaty.

Gdy mi krew żółcią i nudami płynie,
A słabe ciało wewnętrzna boleść kruszy,
Gdy gwałt ustawny sercu memu czynię
I tłumię tylko cierpienia mej duszy,
Próżno mię Muzy zagrzewają wieszcze,
Co po tej sławie, i tak marnej jeszcze?

Ów srogi mocarz i burzyciel lasów,
Co go człek dzielną uśmierzył osęką,
Zostawił pamięć aż do naszych czasów,
Że poległ sławną Herkulesa ręką:
Lecz komór żyje, acz nie znakomity,
Więcej coś waży niż ów lew zabity.

Stawimy ołtarze i kadzidła palim,
Komuż to? prochom, co czucia pozbyły,
Sami się na los i niewdzięczność żalimy,
Zaszczyt żyjących, żyjącym niemiły.
Na koniec jakaś pamięć tam zostaje,
Gdzie nas nie będzie: otóż to jest sława!

Błąd to zaiste, ale błąd pochlebny.
Co świat od wieków łechce i uwodzi,
Błąd bez ochyby, ale błąd potrzebny,
Co krzewi cnoty i prace nam słodzi.
O gdybyż nie ta do czynów ponęta,
Dawno by ludzie zostali zwierzęta.


Czytaj dalej: Dwie lipy