To zawsze się dzieje
między kościołem a miejskim ogrodem.
W alei –
w smrekach –
w smrekach o igłach ostrych, cieniutkich i młodych,
wiatr czasem się zerwie
szumiący, w gałęzie tłukący
i załopoce, niby wiolin: „cze-e-r-wie-ec“,
i z powtórzeniem znowu dłużej zwleka.
I nagle wśród orkiestry wiatru, która gra do wtóru –
rozwinie się wysokie, triumfalne solo,
czyste jak perły triolki, pasaże, świ-i-ist, świ-i-ist, świ-i-ist,
ciepłe, wzruszone tremolo,
srebrny świegot, kląskanie, ćwierkanie,
szept rozpalony, świstanie
ptaka – śpiewaka.
A gdy odpocznie, wtedy jak szum wody
wzbiera entuzjazm chóru
i wysoko, górą –
płynie podziw: „bi-i-is, bi-i-is!“
oddechów wianie, głośne klaskanie.
Na ścieżkę lecą strząśnięte,
jak białe piąstki ściśnięte –
akacje.
A śpiew ten to jak melodja moich
w miasteczku małem – przeczystych wakacyj.
Źródło: Pochwała życia i śmierci, Kazimiera Alberti, 1930.