Skórzane nesesery rozłożę niedbale,
Walizkę z pieczęciami z wszystkich świata części.
Głowę owinę długim, fioletowym szalem –
Po pasach szyn mój sleeping zazgrzyta, zachrzęści.
I już przy sukniach wstążki, zapięcia rozluźnię –
Znużona wyławianiem gwiazdozbioru zdarzeń –
Gdy krwistym puchem iskier pociąg sypnie, bluźnie
I na olbrzymi dworzec wpadnie w śniadej parze.
Zastuka serce. Szybko firanki odsłonię.
Szaleńczy express wleci z innej świata strony,
Wstrzyma swój pęd. Naprzeciw twoja twarz w wagonie.
Sztywne i zadziwione oddamy ukłony.
„To ty!! Szukałam cię po dworcach i w pociągach –
Sześć lat! Sześć lat szukałam! Prędko otwórz okno!“
Nie powiem nic. Wąziutki uśmiech wargi me rozciąga.
Stoimy. Szklane tafle w skośnych grochach mokną.
Trzy gwizdki. Znów pognamy w strony dwie przeciwne.
„Jakże nazywa się ten w rudych kłębach dworzec?“
Wejdzie konduktor, spojrzy, uśmiechnie się dziwnie:
„Nazywa się?“ – odpowie – „Wielkie Być Nie Może“.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.