Przyjadę skądś. Z hotelu pewnie wyjdę sama.
Przede mną długi bulwar, cały w rudych skrach.
„Teatry“. „Negro-dancing“. „Sensacyjny zamach“.
Krzyczą pstre filmy życia. Każdy afisz gra.
Aleja prężnych, lepkich kasztanów rozpęka –
Na niebie nikły skrawek turmalinu zbladł.
Deszcz rosi. Małe groszki płyną mi po rękach,
Paryż, smagłe gałązki zasłaniają świat.
Wszystko się we mnie wreszcie wyrówna, wyśpiewa,
Płynę w strzelistym tańcu zwinnych, gibkich nóg –
Gdy nagle świry kropel stoczą się po drzewach,
Na skrzyżowaniu naszych spotkamy się dróg.
I ściągnę rękawiczkę z białej antylopy –
I rękę pełną groszków deszczu podam ci.
Coś mówisz. Lepki kasztan pada mi pod stopy –
„Śniady pons róży. Wrzesień. Suknia z crêpe fleuri“.
Wioną słowa jak wonne liście aloesu:
„Gdzie mieszkasz?“ Wiatr oddechu. W skroniach słodki stuk.
Śpiewy pulsów. „Najładniej zawsze bez adresu“.
I wargi me okrąży wąski śmiechu łuk.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.