Jej pachnące dłonie –
są jak dwie herbaciane róże – w parku – na gazonie.
Oczy przybliża do szyby –
ale się nie uśmiecha do czerwonych rybek –
bo nagle ten kolor – bo gdyby –
A może na leżaku? – nogi spuścić, zanurzyć w trawie
i książka? lecz któż ją w skórę czerwoną oprawił?
A może – może mała w sukni poziomkowej?
pójść do niej – i jeśli nie w usta – to pocałować przynajmniej w głowę –
A potem on o czwartej przy marmurowym basenie –
on, który nic nie wie – nic nie wie –
w parku o czwartej –
oczy jak skośne księżyce, usta wpółotwarte,
przy nogach (to można!!) ciepły, zadyszany wyżeł,
na szczupłej szyi – wielkie, białe futro.
– Droga! więc dzisiaj? więc jutro?
– Dowidzenia! za parę tygodni w Kairze.
A wieczór – w domu – kaszel – na chusteczce róża –
wilgotna – czerwona – duża.
Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.