Uplótł się dziecku Bagdad śród nocy zimowej.
Może z tapety krętej? może z nowej książki?
Bo ze ścian kaskadami koszmar kolorowy,
Bo z książki zamieć ptaków centkowanych w prążki.
Zielony sznur jedwabny od elektryczności
Wpełzł w sen gadem, rośliną. I tam się zaczęło:
Lęgło się w koszu puszczy, plotło się, ginęło,
Wiło się zwierzodrzewem i twarzami gości.
Potem — szept tasowanych kart. Potem wachlarzem,
Jak zorza borealna, figury w półkole.
I płynie dziecko w zgrozie PRZEMIENIONYCH zdarzeń
I szybkie miasto ze snu buduje na stole.
A gdy czerwona czapka posłańca z ulicy
Siadła na wielkiem oku snu jak katarakta,
Rozszeptało się mnóstwo w spadzistej stolicy
I zbudziło się dziecko — i krzyknęło: «Bagdad!»
Zrywa się, patrzy w okno. Tam księżyc wycięty
Stoi ledwo-zielony. Na strasznej tapecie
Sen chodzi kinem cieni, załamując sprzęty,
I zapłakało dziecko. Biedne, biedne dziecię!
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według bożego rozkazu,
Kto raz słowem trafił w sen ułudny
Ten nie zazna szczęścia ni razu!
Opublikowano w: Rzecz czarnoleska (tomik)
Źródło: Rzecz czarnoleska, Julian Tuwim, wydawnictwo J.Mortkowicz, 1929.