W zbutwiałych, skrzywionych jak starość dzwonnicach
skłóciły się głośno rozdzwonione dzwony –
– jegomość se idą błogosławić – onych –
garściami pod ołtarz prą ludzie, gromnice – – –
– i – zaczną pod ścianą w siną noc wiośnianą,
gdy cisza z liściami wśród łodyg szeleści
i zaczną poemat – przez splecienie ramion – – –
– wysłuchają razem zagmatwanej pieśni,
jak zbłąkane życie wichrom klnie za bramą –
a – pod bzem, na trawie siedzie żebrak z pieśnią
jak wiatrak modlitwy z głowy wykołacze – – –
– minie wieczór ciepły – niby pomruk leśny –
– on odejdzie od niej – i – ona – – – zapłacze –
jesienny się smutek koło chałup włóczy
ociera się o płot, jak usta o usta,
chyłkiem mgła, jak młodość rozpłynie się w pustkę –
– wśród rozśmianych ludzi – zahula szloch suczy:
„– – – ha, trza zerwać łachman, piersi porozpinać
niechaj ziemia chłodem – gorąc ciała syci – ! –
Tyś, kochanką jest moją, mokra ziemio – ty – – – –
– – – ona nigdy nie przyjdzie już – – – nie –
za oknami wciąż noc – – – ciche szepty i mgły – – –
ona nigdy nie przyjdzie już – – – nie – ! – –
– – – – – – – – –
przez rozmiękły zagon, wtulone w chuścinę,
pójdzie w dal od ludzi – rozpłakane życie – – –
Źródło: Kolorowe słowa, Wojciech Skuza, 1932.