Przy ogniu

Wisiory stalaktytu stroją okap długi,
Mróz wyszlifował cięcia na okiennych rogach,
Po podłodze pełgają hiacentowe smugi,
Jedna nam w świat – przez zamieć, przez zadymkę – droga.

Słychać dźwiękania dzwonków. Sanie jedne, drugie
Pędzą – gwiaździstym wichrem – przez skrzący gościniec,
Wały zasp przeorują ostrym, żrącym pługiem.
Nacicha świst za węgłem. Pod okapem ginie.

Przez uchylone drzwiczki lecą szpilki iskier –
Padają na podłogę – gasną w szparach wąskich.
Wyciągam moje ręce – takie tobie bliskie,
Popatrz! nie są jak – w kwietniu – różowe gałązki?

Czytaj dalej: Niebo na przedwiośniu – Kazimiera Alberti

Źródło: Mój film, Kazimiera Alberti, 1927.