Lunatyczka

Martwa cisza dokoła. Miasto we śnie leży;
zgasły światła po domach, wszędy spokój głuchy...
Księżyc w pełni wypłynął i promienie szerzy,
po ulicach rozsnuwa jakby nocne duchy —
a gmachy wyglądają w tej srebrnej odzieży,
jak trupy śmiertelnemi okryte rańtuchy:
z jednej strony świec płomyk martwe lico krasi,
z drugiej całun zwojami słabe światło gasi.

Cichy klasztór olbrzymi. We śnie zakonnice
modlitwami znużone o swym Bogu marzą...
Pusty kościół i tylko przed ołtarzem świece
mdławym blaskiem płonące dla przybytku strażą.
Księżyc padł na gotyckie, szklane okiennice
i do środka zagląda trupio bladą twarzą.
Wieża w niebo gdzieś śmiga, jak niezmierna strzała;
złota kula u szczytu jakby gwiazda pała.

Po kolumnach i łukach samotnej wieżycy
księżyc nici świetlane rozsnuł promieniami,

ale ogrom noc tuli. Zajęczał w dzwonnicy
zegar stary: czas mija a wieczność przed nami...
Na to hasło drzwi szczękły w narożnej kaplicy,
we drzwiach staje dziewica z bosemi nogami:
włos bujny aż do pasa, w bieli tylko cała;
łono dłonią okrywa, — w drugiej lampka pała.

Stąpa śmiało, choć oczy pod powieką skryte.
Twarz ku górze podnosi: przybladłe jagody,
trudy, nocne czuwania na licach wyryte,
ale czoło rozświetla blask świętej pogody:
piękność ducha w niem mieszka. Przez kamienną płytę
sunie, kędy na wieżę mroczne wiodą schody;
drzwi zamknęła i niknie nakształt nocy ducha,
tylko światło jej lampki przez szczeliny bucha.

Nagle światło zagasło. Przez chwil krótkich parę
słychać szelest jej kroków — lecz i ten umilka,
głucho znowu. Wtem nagle ponad gzemsy szare
błysła biała zasłona... Jeszcze jedna chwilka —
i pod niebem u szczytu, kędy słupy stare
dach dzwonnicy dźwigają już przez wieków kilka —
ręce w górę podnosząc, stoi wiotka dziewa;
tuż nad skrajem przepaści światło ją oblewa...

Do księżyca twarz wznosi; ręką w górę sięga,
pewną stopą, choć senną, chwyta się kamienia,
gzemsu, szczerby i kędy skrzy się światła wstęga,
płynie wolno, podobna do wiatru westchnienia,
coraz wyżej i bliżej szczytu ostrokręga,
kędy kula się złoci odblaskiem promienia
i krzyża ramię czarne znaczy się w błękicie
w jasnym srebrnych gwiazd roju i w świateł rozkwicie...

Senną wargą i drżącą szeptać zacznie z cicha:
»Światło... życie... Do światła, do życia ja dążę!
Boski puhar! O, dajcie napić się z kielicha...
W górę! w górę... tam jasno! Koło światła krążę,
ale ono dalekie... Twój wiatr mnie popycha
w tę drogę, — Twoja iskra ducha mego wiąże
z Tobą, o, Królu świateł! Tyś ciągle daleki?
Kiedyż spotkam Cię wreszcie, ogarnę na wieki?...«

»W celi ciemno... O, niema Ciebie w ciemnej celi!
Krzyż na ścianie... krzyż czarny... Ty na czarnym krzyżu?
jasna głowa na twardej, na czarnej pościeli?...
Jam płakała... Modlitwa... Łzy były w pacierzu...
Tyś wysłuchał! Zesłałeś mi anioła w bieli...
wszedł przez okno i wskazał: Tam w słońca pobliżu

Pan cię czeka... Ja idę... Nie zmyliłam drogi!
Idę — anioł mnie wiedzie w życia, w światła progi...«

Milknie i znowu senna pnie się na szczyt dachu;
już pod niebem, gdzieś w górze, świeci jej koszula
i wygląda, jak gołąb na kościelnym gmachu,
który gniazdo nad ziemią w szczerby wieży wtula,
więcej mając przed ludźmi, niż gromami strachu.
Coraz dalej już ziemia, bliżej złota kula,
nad nią krzyża ramiona, nad nim gwiazd tysiące
i promienie księżyca jasne, srebrne, drżące...

Nagle zegar zazgrzytał złowrogo w tej głuszy:
liczy dzwonem godziny ludzkiej życia drogi...
Na ten odgłos donośny mniszka się poruszy,
po spadzistej płaszczyźnie w dół się suną nogi,
krzyk straszliwej rozpaczy wybiegł gdzieś aż z duszy,
wzniosła ręce, — jak ptaszę, gdy je ołów srogi
razi, chwilę zawisła wśród nieba przeźroczy —
i jak gwiazda strącona....
 Odwróciłem oczy.

Czytaj dalej: Westchnienie - Jerzy Żuławski