Dzień pobladł, powietrze ścichło;
Rosną, postępują chmury,
Jak z nocnych mroków ulane góry,
Coraz i ciszej, i ciemniej — nie rychło
Zawył wichrów świst ponury,
I znowu wszystko ucichło.
Mnożą się obłoki w dali,
Po niebach, jak po opoce,
Coraz to głośniej piorun turkoce,
Coraz to jaśniej długi błysk się pali,
Aż dzień utonął w pomroce,
A niebo w nawałnic fali.
I ot nad głową prysnęły,
Morza chmur błysku rozświtem;
Gromy po gromach wstrzęsły błękitem,
Zda się, że głębie światów odjęknęły
Dzikim konwulsyjnym zgrzytem;
I blada trwoga olśnęły,
Zdaje się, że zegar kary
Dźwiękami śmierci wygrywa.
Jakże ta chwila wielka, straszliwa!
Któż ją przetrzyma bez uczucia wiary?
Czyjaż-tu krew nie przepływa
Przez żary, lody i żary?
A ty na te gromów łomy,
Na te nieba w błyskawicach, —
Zimną spokojność trzymasz w źrenicach,
Chociaż i tobie grozi skon widomy? . . .
— Kto zrósł w serca nawalnicach,
Temu nie straszne te gromy!
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.