Myszeidos

Autorem wiersza jest Ignacy Krasicki


Pieśni X

Pieśń Pierwsza

Wy, co śpiewacie bohatyrów dzieła
I świat dziwicie cudy rozlicznymi,
Jeśli was sława ich wielka ujęła
I praca, którą stali się zacnymi,
Pozwólcie nucić to, co przedsięwzięła
Nie Muza zdjęta duchami wieszczymi,
Ale wierszopis pracujący w ciszy,
Nie dla rycerzów walecznych, lecz myszy.

"Cóż kiedy myszy sławnego zrobiły? -
Rzecze zuchwale krytyk mniej wiadomy -
Próżnym ciężarem i szkodliwym były,
Zwierząt odrodki, płud gnuśny, poziomy."
Rzuć tylko okiem na straszne mogiły,
Jeśliś kruszwickich okolic świadomy;
Tam potężnego zbyt nieprzyjaciela
Zagryzły mężnie, książęcia Popiela.

Rozległe pola i żyzne oblewa
Gopło, jezioro wiekopomnie sławne;
Zdobią go cieniem ponadbrzeżne drzewa:
Brzozy, topole, buki starodawne.
Ptastwo rozliczne tam schronienie miewa
I echo wrzaskiem sprawuje zabawne.
Doliny, wzgórki zielone i żywe
Miłą patrzącym czynią perspektywę.

Dalej równiny okiem nieprzejrzane.
Im rozleglejsze; milej się wydają;
Łąki rozlicznym kwiatem przyodziane,
Własnym się kłosy ciężarem zginają,
Gaiki jakby umyślnie sadzane.
W chłodzie ich cienia bydlęta igrają.
Pod gęstym krzaczkiem siedząc w miłej parze
Hoży pastuszek nuci na fujarze.

Po drugiej stronie jeziora - Kruszwica.
Miasto wspaniałe w struktury rozliczne.
Okazałymi gmachami przyświeca;
Wieże się zewsząd wznoszą niebotyczne:
Godna monarchów tak wielkich stolica
Okrasza bardziej te widoki śliczne.
Gdziekolwiek wzroku lot bystry przyspieszy,
Wszędzie się zdziwi, wszędzie się ucieszy.

W środku jeziora natury igrzysko,
A jako stara powieść w kraju głosi:
Czarnoksiężniczej sztuki dziwowisko,
Wyspa ozdobna wspaniale się wznosi.
Na niej twierdz mocnych straszne widowisko,
W szczycie herb kraju, orzeł, się unosi.
Tam, zacne p1emię Krakusa i Leszka,
Sarmatów książę spoczywa i mieszka.

Potęgą kraju i przodków zasługi
Popiel odrodny próżno się nadymał.
Na ulubione spuszczając się sługi,
Płochym letargiem zniewolony, drzymał.
Brzydził się jarzmem publicznej usługi
I wodze rządów słabą ręką trzymał.
Mniemał być królem, że mógł rozkazywać
I więcej rozkosz nad innych zażywać.

Zniewieściałego pana faworyci,
Harpije państwa krew poddanych ssały.
Łupem zdartego ubóstwa niesyci,
Na to swój umysł natężali cały,
Aby w tych gmachach z monarchą ukryci,
Stan szczęścia swego uczynili trwały;
A dzieląc z panem władzę tronu śliską,
Sobie rząd dali, a jemu nazwisko.

Zamiast odgłosu wojennego hasła
Słychać tam było same biesiadniki.
Ochota mężna zupełnie wygasła
I zapomniane marsowe okrzyki.
Trzoda nikczemna rozkosznie się pasła
Przy słodkim brzmieniu przyjemnej muzyki.
Miedziane bramy uwieńczały róże,
A nimf orszaki były twierdzy stróże.

Co niegdyś prawa obowiązek ścisły
Sarmatów sercem i myślą kierował.
A zagrzewając wspaniałe umysły,
W oczach całego świata dystyngwował.
Popiel, odrodny przez swoje wymysły,
Skaził wszetecznie i z gruntu popsował.
Nic nie pomogły cnoty przodków starsze:
Trucizną kraju są grzechy monarsze.

Dwór pański źródłem występków lub cnoty.
Lud, w obieraniu prosty i mniej baczny.
Głupio zdziwiony na wyższe obroty,
W sądzeniu płochy, w działaniu dziwaczny,
Patrzy na dworskich intryg kołowroty.
Ten mu prawidłem, kto z postaci znaczny.
Na wzór bydlęcej, nieroztropnej trzody
Uczniem jest błędu, niewolnikiem mody.

W dziwactwie swoim Popiel niestateczny,
Coraz odmieniał wyuzdane chęci.
Nikt się nie ważył być królowi sprzeczny:
Chęć zysków pewnych do podchlebstwa nęci,
Odpór monarsze zawżdy niebezpieczny,
Cnota u dworu mało kiedy święci.
Nie syt, lecz mnóstwem chęci zmordowany,
I pan, i naród szalał na przemiany.

Już dzień dziewiąty, i z okładem, mijał,
Jak Popiel myszki pokochał statecznie.
Każdy im z dworskich nieodstępnie sprzyjał,
Biegały sobie po polach bezpiecznie;
Kotki, kocięta, kto chciał, to zabijał.
Zrazu się bardzo broniły walecznie;
Nic nie pomogły na koniec pazury,
Niejeden rycerz pozbył swojej skóry.

Dobrze to jeden filozof powiedział,
Że się każdemu trzeba piędzią mierzyć.
Rzadki się w szczęściu statecznie osiedział,
Ślepej Fortunie nie potrzeba wierzyć.
Gdy się o kocie wybornym dowiedział,
Myszkom faworów król nie chciał powierzyć.
Zginęły myszki z dobrym swoim bytem:
Mruczysław, kotek, został faworytem.

Na co się tylko zdobyć który może,
Jak myszy gubić, każdy z dworskich myśli:
Jeden kunsztowne sporządza obroże,
Klatki, aby je trzymać jak najściślej,
Łapki subtelne, zasadzone noże;
Rzemieślnik zdradnych sztuk modele kryśli.
Dopieroż koty w tak okropnym stanie
Obfite z myszek mają polowanie.

Trzeba opuszczać dziedziczne siedliska,
W których się kryły myszki od pradziadów.
Kąty rozkoszne, miłe legowiska,
Spiżarnie pełne sernych, mięsnych składów,
Kuchnie, wypasłej trzody stanowiska,
Dawnych już u was nie ujrzycie śladów.
Gdy się zajadła na nich złość przeklęta,
Muszą uciekać w pole, niebożęta.

Tak kiedy orzeł, głodem uciśniony,
Ruszy się z gniazda i skaliste góry
Rzuca, połowem już rozłakomiony,
Pędzi przed sobą ptasząt małych chmury,
A rozpostarte otwierając szpony
Trwożliwą trzodę srogimi pazury
Straszy ta, szelest słysząca z daleka,
Wzmaga skrzydełka i w strony ucieka.

Błądzą po polach mysz nędznych ostatki,
Ta dzieci szuka; te, bez doświadczenia,
Śladów kochanej nie znajdując matki
Okropne uszom wydają piszczenia.
Starsze, zdradliwej bojące się klatki,
Stoją jak wryte na każde wzruszenia.
Umysł strwożony w polu czy u płota
W oczach im stawia drapieżnego kota.

Płodna tymczasem w rozmaite wieści
Sława stugębna po świecie roznosi,
Jak los szczęśliwe koty tylko pieści,
A dekret srogi, nieużyty głosi
Na biedne myszy, gubiąc ich do treści,
Rodzaj piszczący do ostatka znosi.
Odmienne krajem, lecz jednej natury,
Trwożą się wszystkie i myszy, i szczury.

Kogóż by taka przeciwność nie zbodła,
Gdy o ojczyznę idzie i o życie?
Z tak okropnego pochodzące źrodła
Trwogi, zastraszyć powinny sowicie,
I chociaż w drugim panuje myśl podła,
Gotów natenczas działać znamienicie.
Umysł się wzmaga zostający, w cieśni;
Co się więc stało, powiem w drugiej pieśni.

Pieśń Druga
Szczęścia na świecie drogi kręte, śliskie,
A każdy chciwie do mety się spieszy.
Uwielbia nader jeden stany niskie,
Chce być ukrytym w pospolitej rzeszy.
Drugi, w mniemaniu, że honory bliskie,
Nędzny w istocie, nadzieją się cieszy.
Tymczasem, kiedy los szczęścia zagrodzi,
I tron nie wesprze, i mierność zaszkodzi.

Fortuna, kroki stawiając niebaczne,
Przypadkiem tylko skłania się i rządzi.
Choć jej wyroki płoche i dziwaczne,
Przecież to czynić musim, co osądzi.
W momencie wzruszyć zdoła stany znaczne
I lubo w swoich procederach błądzi,
Przecież, choć słaba i ślepa, i głucha,
Każdy ją wielbi i każdy jej słucha.

Piszczący naród, z nagła rozproszony,
Do najwyższego rządcy się ucieka.
Majestat jego w Gnieźnie położony.
Tam monarchowie myszowscy od wieka,
Ubezpieczeni będąc z każdej strony,
Od zgrai kotów mieszkali z daleka,
Nieprzykrzy własnym hołdownikom, ani
Swemu monarsze wzajemnie poddani.

Letkie daniny jako znak poddaństwa
W dni wyznaczone do niego nosili:
Schaby, słoniny - specyjały państwa.
Dawali chętnie, na co się zdobyli.
Uprzejme serce wiernego ziemiaństwa
Przyjmował karmiąc tych. co mu służyli.
Nie dla potrzeby odbierał te datki:
Był bowiem nader obfity w dostatki.

Gmach był niezmierny mniszego klasztora.
Od dawnych czasów używany marnie:
Pierwszego bowiem wymysł fundatora
Tam ustanowił niezmierną księgarnię.
Doskonalszego coraz wieku pora
Dostatnią z niego zrobiła spiżarnię;
A porzuciwszy marność, która uczy.
Tego się jęła, co karmi i tuczy.

Ledwo czytelnych książek folijały
Ojciec kanaparz lepiej dysponował:
Co przedtem próżno na pulpitach stały.
On tam ozory szynki uszykował.
Pargaminami zwijał specyjały
I aby imbier i pieprz się nie psował.
Pogańskie pisma i stare kroniki.
Lepiej użyte, poszły na funciki.

Niezmierne zewsząd wznosiły się stosy
Najwyborniejszych do gustu przysmaków.
Stąd przełożony, ubogi i bosy.
Pasł miękką trzodę pulchnych nieboraków.
Znosili skromnie tak przeciwne losy.
A w nasyceniu nie czyniący braków,
Coraz dostatnią zwiedzając karbonę
Pędzili w Bogu życie umartwione.

Tam, pośród syrów, szynek i ozorów.
Król mysz, Gryzomir, przebywał spokojnie.
Czczych wspaniałości nie szukał pozorów;
A darów bożych używając hojnie,
Kiedy usłyszał smutnych oratorów,
Którzy mu wieści przynieśli o wojnie,
Zwołuje radę i nim zaszło słońce,
Już wyprawione sztafety i gońce.

Schodzi się zewsząd radnych panów rzesza:
Laty skurczeni, starcy się czołgają,
Każdy, jak może, kroki swe przyspiesza,
Młodzi się w lotnym biegu wyścigają
I lubo cała mnogość onych piesza,
Rozkazy pańskie skrzydeł im dodają.
Stara się każdy, choć z dalekiej strony,
Ażeby na dzień stanął naznaczony.

Najprzód, poważną dworzanów gromadę
I radnych panów ażeby uraczył,
Królewską dla nich sprawuje biesiadę.
Gdy nasyconych zupełnie obaczył,
Dopiero wszystkich zwołuje na radę
I aby każdy zdanie odkryć raczył,
Poprzedniczymi obliguje słowy,
A sam układa treść swojej przemowy.

Tym poważniejsi, iż się już objedli,
Misterne na się przybrawszy postaci.
Gdy miejsca swoje porządkiem zasiedli
Narodu szczurów, myszów delegaci,
Aby do skutku swe zdania przywiedli
I pozostałych pocieszyli braci,
Myślą, jak siły ojczyzny ponowić:
Wtem kanclerz woła: "Król, pan nasz, chce mówić !"

Żałosnym głosem monarcha zawoła:
"Smutne, poddani, ogłaszam wam wieści.
Dotąd was strzegłem w pocie mego czoła,
Teraz nieszczęścia doznajemy treści:
Już i moc moja temu nie zdoła,
Jak by was ustrzec od dalszych boleści.
W Kruszwicy najprzód. teraz w całym stanie
Srogie na myszy jest prześladowanie.

Na tom was teraz zebrał i zgromadził,
Abyście złemu skutecznie zabiegli.
Nie czas, aby się jeden z drugim wadził.
Rozumiem, żeście to samo postrzegli:
Teraz jest pora, aby każdy radził,
I jeżeliście w własnych sprawach biegli,
Na dobro kraju ten talent obróćcie,
A w tym się czasie przynajmniej nie kłóćcie."

Nie bez przyczyny pobudzał do zgody,
Od dawnych bowiem czasów na przemiany
Szczurów i myszy złączone narody
Wspólnie się gryzły, a choć wszystkie stany
Traciły przeto ojczyste swobody,
Przecież duch złości niepohamowany
Sprawiał, że sprzeczne w każdej koniunkturze
Myszowskie zdania szczurom, myszom szczurze,

Zgiełk powstał wielki, gdy przyszło wotować,
Która ma strona głos pierwszy podnosić.
Orator szczurów przedsięwziął probować.
Że oni mają pierwsze zdania głosić:
"Do nas należy wszystko rezolwować,
Prawa stanowić dobre, a złe znosić
I jeśli cierpiem mysz stowarzyszenie.
W większej być od nich powinniśmy cenie."

Nie w moc szczególną lecz w wielość znaczniejsze
Myszy brać prymu nie chcą sobie dawać:
"Lubo się zdajem być w postaci mniejsze,
Nie stąd o zdaniu trzeba rozeznawać -
Rzekły - a kiedy o rzeczy ważniejsze
Zachodzi sprawa, natenczas poznawać
Każdemu można będzie, która strona
Lepiej w rozsądek, w dzielność obdarzona."

Wzmaga się hałas; zamiast rady wrzawa,
Gryzomir ledwo usiedzi na tronie,
Powagę swoję nadaremnie wdawa:
Każdy jak żeby przysiągł swojej stronie.
Na koniec z miejsca pierwszego powstawa:
"Ratujcie - woła - ojczyznę przy zgonie!"
Krzyknęli: "Niechaj ginie wolność przeszła!"
I tak się rada senatu rozeszła.

Pieśń Trzecia
Z ustawicznego mamy doświadczenia.
Przykład jak wiele pomaga lub szkodzi.
Na wzór jednego drugi się przemienia:
Co czynią starzy - naśladują młodzi:
I choć nie ujdzie pewnego skażenia.
Przecież ubitym torem każdy chodzi,
Pewien, że swego szczęścia nie omieszka.
Przestępstw ubite drogi, cnoty ścieżka.

Więcej występnych niżeli cnotliwych.
Na oślep przeto ludzi naśladować
Jest to się tułać po drogach błędliwych
I dobrowolnie korzyść zostawować.
Ta była wada myszy nieszczęśliwych.
Kiedy się z sobą zaczęły pasować.
Fatalny przykład miesza je i łudzi,
Nauczyły się niezgody od ludzi.

Co miała rada dzielnie dopomagać,
W gorszej ich jeszcze zostawuje doli.
Gdy się zaczęły przesadzania wzmagać.
Nie zysk wolności, lecz skutki swawoli.
Jedni na drugich chcą wszystko wymagać.
Klęska ojczyzny nikogo nie boli.
Obywatelów dobrych mała rzesza
Jeszcze przy swoim monarsze się wiesza.

Za ich powodem wysłani posłowie
Po wszystkich państwach o posiłki proszą;
Każdy, gdy stanął, w żałosnej przemowie
O mysz sarmackich fatalności głoszą.
Odpowiadają pomyślnie królowie.
Ci dobre wieści do domu przynoszą,
Gryzomir z tego kontent nieskończenie.
Na pospolite zwoływa ruszenie.

Tymczasem gdy się świat cały oburza,
Jędza Niezgody z swych łożysk wypada,
Jad swój szkodliwy obficie wynurza.
Syta zjadłością i z klęsk przyszłych rada.
Wzmaga się coraz powstająca burza,
Skażone serca nienawiść osiada.
Na jej łbie węże najeżone świszczą,
To słysząc koty mruczą, myszy, piszczą.

Już obojętnym na to patrzyć okiem
Monarcha kotów, Mruczysław, nie może.
Zwołuje dworzan, których miał pod bokiem,
Wierne osoby obrońce i stroże.
Ci, rozesłani, bystrolotnym skokiem
Zbierają pułki, nim się wojna wzmoże.
Ledwo co były zaciągi skończone,
Gdy wojsko myszy idzie niezliczone.

Muzo, coś niegdy Homera budziła,
Kiedy w przewlokłych bajkach swoich drzymał.
Jeśli ci sztuka rymotworów miła,
Którą się grecki wierszopis nadymał,
Gdy śpiewał szczury, żaby, tyś przybyła,
On plauz zdziwionych słuchaczów otrzymał.
Niech się ja w jego towarzystwie mieszczę!
Daj myślom żywość, natchnij duchy wieszcze!

Na lewym skrzydle wojska zagraniczne
Myszy i szczurów w dobrym szyku stoją.
Lskną się rynsztunki w rodzajach rozliczne,
Każdy ozdobny wspaniałością swoją.
Brzegów Sekwany wymuskane, śliczne,
Nie tylko kotów, i lwów się nie boją.
Nim hasło bitwy wodzowie dać raczą,
Oni tymczasem pląsają i skaczą.

Dunajskie szczury, harde i ponure,
W porządnym szyku stanęły jak wryte.
Znad Tybru trwożne, gdy chodzi o skórę,
Jednakże w zdradne podejścia obfite.
Zadnieprskie, twardą co mają naturę,
Od Elby - srogim bojem znamienite,
Tamizy - dzikie i sławne w rozpustę,
Szwajcarskie wierne, ospałe i tłuste.

Nie tak mnogością straszne jak wyborem,
Mruczysław swoje animuje koty,
Wzywa do sławy i punktu honorem
Wzbudza poddanych do wojennej cnoty.
Gryzomir wzajem, tymże idąc torem,
Swym wojownikom dodaje ochoty.
Z obu stron, skoro dane tylko hasło,
Kocie i mysze wojsko razem wrzasło.

Miauczących kotów przeraźliwa wrzawa,
Szczurów odważnych pisk słychać ochoczy,
Pobojowisko okrywa kurzawa,
Gęstym tumanem wojowników mroczy,
Wzmaga się coraz bitwa straszna, krwawa,
A potokami krwi ziemia się broczy.
Zamiast kunsztownej z stali armatury
Broń stron obydwóch: zęby i pazury.

Rominagrobis, szwagier Mruczysława.
Wódz pierwszej straży mężnych wojowników,
Przykładem swoim ochoty dodawa:
Zagryzł rotmistrza i dwóch pułkowników.
Wszystko się jego pazurom poddawa
I rocie, którą rządzi, dzikich żbików.
Chociaż go mnóstwo myszy zewsząd ściska,
Pełne już trupów są pobojowiska.

Gryzosław, młodszy brat monarchy myszy,
Co prawym skrzydłem wojska zawiadował,
Przez adiutanta gdy o tym usłyszy,
Co hetman dzikich kotów dokazował,
Natychmiast szybkim krokiem idzie w ciszy,
Aby kompanów w przygodzie ratował.
Bierze tył żbikom, dognawszy ostatki,
Straszne zaczyna z onych czynić jatki.

Miaukas, waleczny rotmistrz, zagryziony,
Tuż koło niego Dusimyszek leży,
Nie wskórał Filuś, kotek wypieszczony,
Z pstro cętkowanej udatny odzieży,
Ani Myszogryz, połowem wsławiony.
Bez wodzów reszta niedobitków bieży.
Zwycięzca coraz gdy żwawiej naciera,
Wszystko ucieka, nic się nie opiera.

Usłyszał swoich głosy przeraźliwe
Rominagrobis, nagle zadziwiony.
Kiedy zaś hufce zobaczył pierzchliwe,
Nową natychmiast złością rozjuszony,
Ku tamtej stronie pazury straszliwe
Zwraca, a świeżym łupem rozłakniony,
Tym większą jeszcze zajadłość wywiera:
Szarpie w kawalce, na sztuki rozdziera.

Po stosach trupów z obu stron pobitych
Spieszą ku sobie wielcy adwersarze:
Mniejszy szczur, przecież w dziełach znamienitych
Godzien, z walecznvm kotem by był w parze.
Nowy laur przydać do innych obfitych
Kot myśli, szczura gdy zuchwałość karze.
Pierzchają z pułków rycerze zmieszani,
Sami na placu zostali hetmani.

Jeden drugiego bystrym okiem mierzy.
Widzi kot szczura niezmiernej postaci,
Wprzód się do zwykłych udaje pacierzy.
Szczur, mniej nabożny, nic serca nie traci;
Wtem tak go nagle z impetem uderzy,
Iż ledwo życiem walki nie przypłaci.
Kot, zagłuszony ciosem, ledwo lezie,
Szczur go tymczasem jak gryzie, tak gryzie.

Bólem nieznośnym zbyt srodze przejęty,
Chce go przygarnąć, lecz chyżo odskoczył.
Przypadnie z boku, urwał mu pół pięty.
Kot z miejsca umknął i trochę wyboczył.
Leci szczur obces, lecz z nagła ujęty
Pazurmi za kark tak, aż się zamroczył.
Gdy się raz jeszcze miotać żwawie kusił,
Kot go za szyję porwawszy, udusił.

Bez wodza wojsko zostawszy ucieka,
Lecz kocia trzoda gonić go nie zdoła.
Widzi rozsypkę Gryzomir z daleka:
Postać się niegdyś odmienia wesoła,
A czując, że go los okropny czeka,
Gdy nadaremnie łaje, prosi, woła,
Przynajmniej żeby szli za jego śladem,
Sam do ucieczki najpierwszym przykładem.

Dzielnaż to przecie rzecz monarchów czyny!
Skoro król uciekł, wszyscy za nim w nogi.
Każdy do swojej pospiesza krainy,
A mniema, że tuż nieprzyjaciel srogi;
Krajowe wojska i cudze drużyny,
Każdy, unosząc życie, wiatronogi.
Szczęśliwi przecie, że im pora nocna
Do tej podróży zdatna i pomocna.

Pieśń Czwarta
Bogdajby świecił szczęśliwy wiek złoty,
Kiedy Astrea mieszkała na ziemi!
Pod słodkim jarzmem ulubionej cnoty
Szczerość czyniła wszystkich przyjaznemi.
Nie przykrzyły się ustawne kłopoty
Ani łudziły chciwość wdzięki swemi,
To, które wszystkich nam trosków dodało,
Złoto w wnętrznościach ziemi spoczywało.

Bez tego kruszca nikt nie był ubogi
Ani się pysznił bogaty w szkarłacie;
Zasypiał smaczno po pracach, bez trwogi,
Strudzony rolnik w miernej swojej chacie;
Nie straszył sędzia winowajców srogi,
Lichwiarz nie składał pieniędzy w komnacie.
Dla spadków śmierci nie czekał syn ojca
Ani rycerzem był płatny zabójca.

Ożywiające już swoje promienie
Zaczął rozpuszczać rebus złotowłosy;
Nową przywdziewa postać przyrodzenie,
Zioła kroplistej pozbywają rosy.
Uspokojonej natury milczenie
Przerywa ptastwo rozlicznymi głosy.
Rozkoszne niegdyś Kruszwicy siedliska
Straszne wydają jednak widowiska.

Cieszy się jędza z swej złości zabytków.
Ponad plac bitwy rada się unosi
Miły jej widok tylu niedobitków;
Nędzarz niejeden o ratunek prosi.
A syt aż nadto wojennych pożytków.
Jęczeniem smutnym los okropny głosi.
Takie korzyści mu rycerska sztuka:
Ów syna płacze, a ta ojca szuka.

Dochodzą wieści Popiela stolicy,
Jak wiele kotów zginęło w tej walce,
Rozruch po całej zaraz okolicy,
Damy rozjadłe bardziej niż padalce
Płacz się rozlega zewsząd po Kruszwicy,
Ta włosy targa, a ta gryzie palce.
Ale największy płacz księżniczki Duchny.
Gdy zginął Filuś, jej kotek miluchny.

Filuś rozkoszny, miły i przyjemny,
Filuś, w pokojach co ustawnie gościł.
W uciesznych skokach sztuczny i foremny,
Filuś, co nigdy w swym życiu nie pościł,
W oddaniu miłych karesów wzajemny -
Niejeden amant skrycie mu zazdrościł -
Padł śmielej łupem przykład kociej cnoty.
Zginęły wdzięki, zginęły pieszczoty!

Łzami rumiane oblewa jagody
Smutna księżniczka, a przy niej dwór cały.
Odrzuca wszystkie od siebie wygody,
Brzmią tylko same Filusia pochwały.
Niejeden amant udatny i młody.
Choć skrycie kontent, na oko zmartwiały;
A dogadzając żałosnej potrzebie,
Wszyscy starania czynią o pogrzebie.

Idą porządkiem szykowane wroty,
Wszyscy w ponurej i smutnej postaci.
Najpierwsze w marszu idą dzikie koty,
Wyborne czoło od innych współbraci.
Sztandar niósł jeden przedziwnej roboty;
Nieboszczykowcy za tym koligaci;
W żałobne flory ich łapki uwite,
Ostre pazury wciągnięte i skryte.

Przyjazne za tym nadchodzą orszaki;
Jak który może, boleść ciężką znaczą,
Żałosne głosy wydawają ptaki,
Synogarlice w parach swoich płaczą,
Swojskich zwierzątek rodzaj wieloraki,
Rozkoszne nawet wiewiórki nie skaczą,
Milczą papugi, niegdyś rezolutne,
Igrać małpeczki zapomniały smutne.

Niesie Minetka obróż cętkowaną,
Hektorek grzebień ze słoniowej kości,
Irys kołderkę złotem haftowaną,
Bebe manelki dziwnej wspaniałości,
Miledy czarkę wewnątrz wyzłacaną,
Z której zwykł jadać i częstować.
Sprzęty szacowne od łapek i szyje,
Już was kochany Filuś nie użyje!

Leżą na złotych marach położone
Ulubionego faworyta zwłoki.
Po wszystkich stronach kwiaty rozrzucone,
A całun mary okrywa szeroki.
Bujają w puchu członeczki pieszczone,
Dym się z kadzidła wznosi pod obłoki,
Niosą trumienkę na kształt kolebeczki
Najukochańsze księżniczki małpeczki.

Już się do stoku zwłoki znamienite
Zbliżyły; w kiry przybrani rycerze;
Cyfry z posępnych cyprysów uwite.
Mruczysław długie zaczyna pacierze,
Dalej obrządki czyni należyte;
A w drżące łapki gdy pochodnią bierze,
I stos i Filuś spłonęły pospołu;
Garstka się tylko została popiołu.

Smutne ostatki wybornego kota
Skrzętnie przytomni do kupy zbierają;
A że największych wielbień godna cnota,
Wszyscy Filusia pochwały śpiewają.
Już sporządzona puszka szczerozłota,
W niej resztę drogich popiołów składają.
Gmach zaraz stanął wyborny w strukturze,
A taki napis ryty na marmurze:

"Tu leży Filuś, swej pani kochanie,
Ten co w przymiotach przeszedł wszystkie koty.
Ucieszne jego i miłe igranie,
Nic nie pomogły: smutne narzekanie
Zostawił tylko i wieść swojej cnoty.
Chwalebną, prawdą lecz śmiertelną blizną
Poniósł za naród i miłą ojczyznę.

Płaczcie tak wielki zaszczyt utracony
I wspólną waszą ozdobę, zwierzątka!
Dziatki młodziuchne, owdowiałe żony,
Płaczcie sieroty teraz niebożątka!
Niewcześnie Filuś ze świata sprzątniony;
Przecięła nagle pasmo życia Prządka.
Koło mogiłki tylko przebieży,
Westchnij: tu Filuś najmilejszy leży!"

Nieutulona Duchna rzewnie szlocha,
Lecz żal o zemście myślić nie przeszkadza.
Płeć ta, z pozoru choć zdaje się płocha,
Przecież kiedy jej cokolwiek zawadza,
Tak nienawidzi zbytecznie, jak kocha.
Nie zna, co miara, we wszystkim przesadza:
Staje się zdradna, okrutna lub podła,
Byle, co zechce, do skutku przywiodła.

Przebacz, płci piękna, zbyt śmiałym wyrazom!
Nasz obowiązek wam zawżdy dogadzać;
Macie nas swoim podległym rozkazom,
Lecz respekt prawdzie nie może przeszkadzać.
Powolność każe przepuszczać urazom,
Chwalić defekta jest więcej niż zdradzać.
Jeśli was prawda niemiła obchodzi,
Mówcie, że zmyślać poetom się godzi.

Nie dosyć na tym, że gardłem skarani
Myszego wojska wszystkie niewolniki,
Nie dość, że będąc z ojczyzny wygnani,
Świat żałosnymi napełniają krzyki;
Nieutulona w żalach swoich pani
Ustawne ojcu podaje supliki,
Żeby się w zemście powziętej nie lenił
I cały rodzaj myszy wykorzenił.

Obstaje takim prośbom państwa rada
Twierdząc, iż płochość sławę królów maże.
Insza myśl jednak w Popielu osiada:
Ci myszy chronią, on je gubić każe.
Gdzie miętkie serce, tam rozum nie nada.
Czegóż płeć piękna kiedy nie dokaże?
Mimo tak wielkie płci naszej zalety
My rządzim światem, a nami kobiety.

Pieśń Piąta
Bajka częstokroć sens moralny mieści,
Stąd Ezop, bajarz, sprawiedliwie słynie.
Źle czyni, który gardzi przypowieści,
Smaczny to owoc, choć w podłej łupinie.
Dźwięk słów wybornych uszy tylko pieści,
Jeśli z nich zdatna nauka nie płynie:
Natenczas blaskiem czczym tylko jaśnieją
I na kształt próchna świecą, a nie grzeją.

Czas zacząć powieść o skutku przegranej
I gonić myszy pierzchające z pola.
Zostają wszystkie w trwodze niesłychanej,
Gdy z oczu swego utraciły króla.
Ten, choć w złym stanie, myśli o oddanej
I choć go nagła uciska niedola,
Aby się zemścił, pory tylko czeka,
A sam tymczasem, jak może, ucieka.

Nieraz z bitego toru w pędzie zboczy,
Zda mu się widzieć okropne straszydła,
Wraca się, staje... i znowu poskoczy,
Aby uniknął zdradliwego sidła.
Stara przypowieść: strach ma wielkie oczy,
Można by jeszcze dodać, iż ma skrzydła.
Rączej niż zając w kniei poza sieci
Nasz król Gryzomir nie bieży, lecz leci.

Gdy coraz naglej pędzi i ucieka,
Wtem noc swe grube spuściła zasłony,
Pora przyjemna dla zwierza i człeka,
Aby spoczynkiem został orzeźwiony.
Westchnął Gryzomir... wtem postrzegł z daleka
Domek, od ziemi mało co wzniesiony.
Ostrzy apetyt, wietrzy, ale marnie:
W podłej łupince ubogie spiżarnie.

Zbliżał się przecie, pragnący spoczynku,
Szczęściem natrafił, że drzwi wpółotwarte.
Pali się reszta drzewek na kominku,
Na kołku wiszą odzieże wytarte,
Ściany dziurawe, wiatr świszcze jak w rynku,
Przez dach deszcz leci, bo gonty obdarte,
Przy piecu stara kądziel, na niej przędza,
A w każdym kącie ubóstwo i nędza.

Na złą gospodę trafił nasz podrożny,
Spieszno się jednak krząta i uwija.
A że żołądek zbyt dokucza prożny,
Żadnego miejsca takiego nie mija,
Gdzie by posiłek znalazł; mniej ostrożny,
Co znajdzie, gryzie, co znajdzie, wypija.
A gdy chce dostać więcej jeszcze jadła,
Wpadł w łapkę, zdradna sprężyna zapadła.

"O losy srogie! Fortuna zdradliwa!" -
Woła nieborak siedzący w obręczy.
Żąda ratunku, nikt się nic odzywa.
Chce przedrzeć kratę, sili się i męczy.
Dodaje mocy postać obelżywa;
Widząc daremną pracę, bardziej jęczy.
Więc pewien, że zła czeka alternata,
Począł rozmyślać o marnościach świata.

Tak ów Bajazet, rycerz zawołany,
Co niegdyś całym zdawał się trząść światem,
A zawiadując dzikimi pogany
Groził narodom zwycięskim bułatem,
Na koniec w bitwie sromotnie pojmany,
Gdy się z możniejszym spotkał potentatem,
Znalazł nieszczęście na zdradnej zasadzce:
Osiadł niewolnik w Tamerlana klatce.

Już kogut głosem swoim przeraźliwym
Północną światu porę zapowiedział.
Wskroś przerażony okrzykiem wrzaskliwym,
Gryzomir w klatce ledwo co dosiedział;
Zapomniał myśleć o losie zdradliwym,
Lecz wkrótce więcej jeszcze się dowiedział:
Skoro koguty piania zakończyły,
Drzwi się natychmiast z nagła otworzyły

Wchodzi dziwotwór, baba przestarzała,
Co się bawiła dotąd nad granicą:
Zsiniałe usta, twarz zmarszczona cała,
Oczy zapadłe we łbie się jej świécą,
Półtora tylko zębów w gębie miała.
Poznał z postaci zaraz czarownicą.
Jeszcze i z potu nie otarła czoła:
"A tuś, mój gościu, - straszliwie zawoła.

Porwie za klatkę, trzęsąc się jak żmija.
Gryzomir, jak mógł, tak się w niej ułożył,
Siedzi w kąciku i w kłębek się zwija;
Powstał na koniec, łapki na krzyż złożył:
"Niechaj twa zemsta rzecze - nie zabija!
Na twe usługi życie będę łożył.
Komu gotujesz los straszny i smutny,
Wiedz, iż jest myszów książę absolutny.

Jestem w twym ręku i możesz mnie zgubić,
Skoroś mnie tylko w niewolą dostała,
Lecz co za sława bezbronnego ubić?
Gardzi takową zbrodnią myśl wspaniała.
Puść mnie; natenczas możesz się pochlubić,
Żeś większej jeszcze sztuki dokazała.
Dzielnie się twoja dobroczynność wyda,
Czasem też słaby mocnemu się przyda."

Zrazu się zdaje baba nieużyta;
Postać ją dalej pokorna zmiękczyła.
Jak do niej trafił? dalej się go pyta...
Wtem, gdy ciekawość swą uspokoiła,
Wypuszcza z klatki, a w łaskę obfita,
Dzielną pomocą więźnia ucieszyła:
"Zobaczysz - rzecze - losu alternatę.
Siadaj tymczasem ze mną na łopatę..."

Rzekła... Posłuszne rozkazom narzędzie
Samo zza pieca spieszy się do pani.
Na nim Gryzomir gdy z babą usiędzie,
Zda mu się, jakby zostawał w otchłani.
Bierze latarnią baba; w nagłym pędzie
Dziurą komina są w górę porwani.
Król myszów, aby nie zaginął marnie,
Przedarł się jakoś do babiej latarnie.

Niechże tam siedzi przy łojowej świécy
I buja z babą aż ponad obłoki.
W złym towarzystwie sprośnej czarownicy
Nie nazbyt miłe hazardowne skoki.
My się tymczasem wróćmy do Kruszwicy,
Gdzie Filusiowe pochowano zwłoki.
O innych rzeczach dosyć się gadało,
Czas mówić o tym, co się z koty stało.

Obchody smutne Filusia gdy przeszły,
Sam król Mruczysław, wielokroć raniony,
Dopiero uznał skutek bitwy zeszłej,
Późno albowiem został opatrzony.
A że niezdrowy i w lata podeszły,
Ustawicznymi pracami zwątlony,
Legł; a wtem odgłos, powszechne szemranie,
Iż jego życie w niebezpiecznym stanie.

Nacisk doktorów chorego otacza:
Ten radzi chłodzić, ów każe ogrzewać,
Tamten surową dyjetę naznacza,
Drugi tucznymi potrawy nadziewać.
Jeden drugiemu w niczym nie przebacza
I kiedy wspólnie zaczęli się gniewać,
Król, który zdrowia szczerze sobie życzył,
Wszystkich wypędził i tak się uleczył.

Pieśń Szósta
Nie ten szczęśliwy, kto jest wywyższony
I w pożądanej buja obfitości,
Pogląda z góry, widzi z każdej strony
Podłych czcicielów swojej wspaniałości,
Lecz ten, co w dole, że upośledziony,
Życzy mu spadku bez żadnej litości.
Niechże Fortunie dziwactwo przypadnie,
Im wyżej latał, tym ciężej upadnie.

I nasz bohatyr leci na łopacie,
Jednakże ja mu szczęścia nie zazdroszczę.
Nie chcę z górnymi być za panie bracie,
Mam być zbyt syty, lepiej się przeposzczę.
Znalazł ratunek, prawda, w babiej chacie,
Kontent na oko, a wewnątrz się troszcze.
Piękna rzecz latać, gdy się komu godzi,
Bezpieczniej jednak, kto po ziemi chodzi.

Noc była ciemna, a grube obłoki
Słabe księżyca światło przykrywały.
Słyszy na dole mruczące potoki,
Leci nad lasy, przepaści i skały.
Świst wiatrów straszny sprawia lot wysoki.
Nasz wielki rycerz, na poły zmartwiały,
Siedzi w latarni, nic jednak nie widzi;
Wołać ratunku boi się i wstydzi.

Tak niegdyś Astolf, rycerz starej daty,
Powietrznej jazdy zuchwale probował,
A zamiast podłej, guślarskiej łopaty
Na Hipogryfie siedząc wojażował.
Szukał rozumu aże poza światy,
Tam się albowiem Orlandowi schował.
Kto by chciał wiedzieć, gdzie się nasz zagnieździł,
Podobno by ten nadaremnie jeździł.

Widzi Gryzomir swój błąd poniewczasie.
Na nic się nie zda, już próżno żałować.
A gdy apetyt coraz naprzykrza się,
Wietrzy łój... świeczce jął się przypatrować.
Z początku wzrokiem, myślami się pasie...
Dalej wziął śmiałość przynajmniej skosztować.
Zgryziona świeczka niewiele go spasła,
Skoro ją wzruszył, upadła i zgasła.

Jęknęła baba zostając w ciemności,
Nie wie, jak dalszą podróż dyrygować.
Szuka przyczyny tej nieszczęśliwości:
"Musiał latarnią ktoś rzecze zepsować."
Nie wiedząc, że w niej książę myszów gości -
"Na cóż ją dalej mam daremnie chować?
Niech się o skały rozbije i zetrze." -
Rzekła... W tym punkcie puszcza na powietrze.

Gryzander, ten, co zawiadował szczury,
Ubiegłszy milę, stanął heroicznie.
A jako mężny i żwawy z natury,
Złorzeczył, niebu, łajał ustawicznie,
Wyzywał kotów, nie dbał na pazury.
Słysząc głos jego myszy okolicznie,
Skoro swojego hetmana postrzegły,
Hurmem się wszystkie koło niego zbiegły.

Czytał on niegdyś podobno w Homerze,
A drudzy mówią - w kronikarzach dawnych,
Jak wymownymi bywali rycerze,
Umiał na pamięć kilka przemów sławnych,
Przeto ten sposób zaraz przedsiębierze:
Gdy widzi swoich szczurów mniej zabawnych,
Wstąpił na miejsce do tego gotowe,
"Kaszlnął, nos utarł i zaczął przemowę.

"Rycerze moi, współbracia boleśni!
Bardzośmy mało w tej wojnie wskórali.
Widzę płacz zamiast tryumfalnych pieśni,
A na cóżeście z placu uciekali?
Strwożeni, zbici, zostajecie w cieśni,
Lecz was ucieczka dalsza nie ocali.
Czas się otrząsnąć, przy mnie tylko stójcie,
Kocich się więcej pazurów nie bójcie!

Brat mój czy zginął, czyli jest w niewoli,
Czyli też lepiej niźli my ucieka,
Jeśli go widzieć nam niebo pozwoli,
Niech się z nas przecież pociechy doczeka.
Rozpacz zostaje w ostatniej niedoli,
Ta dzieł odważnych sprawczyni od wieka.
Zwycięstwem tylko hańbę możem zmazać:
Co mogą szczury, czas teraz pokazać.

Nowe posiłki idą nader liczne,
Mam wiadomości o tym niewątpliwe:
Myszy kaspijskie, szczury meotyczne
I z krajów, gdzie są Araby szczęśliwe,
I gdzie Kaukazu góry niebotyczne,
Libijskie straszne i Maurów zjadliwe.
A choćby i tych posiłków nie było,
Umrzeć za wolność i ojczyznę miło."

Ledwo co skończył, wesołe okrzyki,
Miłe szemrania natychmiast powstały.
Tak, gdy po mrozach słoneczne promyki
Rzeźwić wszczynają świat zimnem zmartwiały,
Ciepłe nieznacznie powstają wietrzyki,
Topią się z letka lodowe kryształy,
Trawki się krzepią, ptastw wrzaski radosne
Po smutnej zimie wdzięczną głoszą wiosnę.

Lubo wśród pola uczyniona rada,
Gryzander jednak na siebie to bierze,
Aby bezpiecznie spoczęła gromada
I zmordowani ucieczką rycerze.
A gdy o miejsce sposobne się bada,
Postrzegł z daleka obszerne szpichlerze.
Tam marsz obraca, i nie bez przyczyny,
Gdzie myśli znaleźć dobre magazyny.

Od lat czterdziestu lichwiarz zakamiały,
Zdarłszy dziedzica, w tym folwarku gościł.
Zdradnymi matactw wsparty folijały,
Na cudzą pracę prawo sobie rościł,
A bardziej głodem niż laty znędzniały,
W Boga nie wierzył, a w niedzielę pościł;
Bez cnoty, serca i punktu honoru,
Strażnikiem tylko był swojego zbioru.

Szczodre w obfitych darach przyrodzenie
Na jego dobro próżno się siliło:
Żałował wody, gdy gasił pragnienie,
Słońca nie lubił, że darmo świeciło.
Pasły się w gumnach szczury nieskończenie,
A zboże w styrtach butwiało i gniło.
Tam orszak myszy, gdy coraz się mnożył,
Czekając wsparcia, obozem rozłożył.

Co też poczyna Duchna nieszczęśliwa?
Jeszcze mnie o to nikt dotąd nie spytał.
Jęczy nad grobem Filusia wpółżywa,
Klnie los, co nagle faworyta schwytał.
Łączy się z żalem nienawiść zjadliwa,
Z jej oczu każdy rozpacz by wyczytał.
Co dzień promienie jutrzenki uprzedza
I grób miłego Filusia nawiedza.

Śmieje się w duchu Popiel z kota straty,
Lecz rozpacz córki martwi go niezmiernie.
Wymyśla różne igrzysk alternaty,
Co było różą, teraz dla niej ciernie.
Amanci, którzy przyjechali w swaty,
Wzgardzeni, chociaż usługują wiernie.
Na tym chce przestać księżniczka koniecznie:
Albo się zemścić, albo płakać wiecznie.

Bić się z myszami nie bardzo przystoi,
Przecież chce wojny jej zajadłość wściekła.
Nie bić się? - znowu o córkę się boi,
Pamiętny na to, co pierwej wyrzekła.
Połowem myszy może się ukoi?
Lecz próżne łapki, każda z nich uciekła.
Sprawiwszy przeto królewską biesiadę,
Ministrów, dworzan zwoływa na radę.

Pieśń Siódma
Nie masz choroby takowej na świecie,
Która by swego lekarstwa nie miała.
Wy, co umysły ludzkie leczyć chcecie,
Patrzcie, jak wasza usilność zuchwała!
Nadto jest maksym moralnych, a przecie
Niewiele dzielność mędrców dokazała.
Kiedyśmy w szczęściu, wszystko idzie snadnie,
W nędzy i statek, i rozum odpadnie.

Póki Gryzomir na babiej łopacie,
Raz posadzony, bezpiecznie spoczywał,
Póty nie widział losu w alternacie,
Lecz gdy na śmielsze kroki się zdobywał
Mniemając, że mógł zabiec życia stracie,
Wlazł do latarni i ciepło spoczywał.
Chciał więcej, przeto stara powieść iści:
Przynosi stratę chęć zbytnia korzyści.

Nagłym wzruszeniem srodze przelękniony,
Sam nie wie, gdzie jest i co się z nim dzieje.
Chciałby co czynić. ale zagłuszony
Impetem wiatru, który zewsząd wieje.
Ten letki ciężar rzuca w każde strony,
Spuszcza, unosi, zastanawia, chwieje.
Świeczka wypadła, papiery rozdarły,
Trzyma się sznurka rycerz wpółumarły.

Już gwiazdy coraz niknąć poczynały
I zorza miła jasność pokazywać,
Tam, gdzie się wznosił grób nader wspaniały,
Przyszła Filusia Duchna opłakiwać.
Już kantor, wziąwszy pieśniów folijały
I okulary na nos, miał zaśpiewać.
A gdy po cichu pierwsze strofy nucił,
Wziął w łeb latarnią tak, aż się wywrócił.

"Cud niesłychany! - lud cały zawoła -
Dusza Filusia pieśni nasze słyszy."
Zrazu strwożona, lecz potem wesoła
Księżniczka rości stąd zgubę dla myszy.
Kantor, choć guza dostał wpośród czoła,
Gdy postrzegł, że szczur wśród latarni dyszy,
Porwał go z nagła i już raduje się,
Że taką zdobycz dla księżniczki niesie.

Nie tak lichwiarza cieszy kruszec złoty,
Nie tak pijaka kufel napełniony,
Nie tak doktora żółtaczka, suchoty,
Nie tak szulera pamfil postrzeżony,
Nie tak dewotkę szwanki cudzej cnoty,
Nie tak dworaka faworyt sprzątniony,
Jak gdy księżniczka, skoro tam przybiegła,
Monarchę myszów w swym ręku postrzegła.

Tymczasem baba po zgasłym kaganku
Ku miejscu czarów, jako może, zmierza.
Nie obeszło się w podróży bez szwanku,
Nieraz łopatą o drzewa uderza.
Już się zbierało prawie ku poranku,
Budzić się leśne zaczynały zwierza,
Gdy kończąc drogę, którą przedsięwzięła,
Na Łysej Górze szczęśliwie stanęła.

Spojrzy za siebie, aż łopata prożna;
Ryknie jak lwica, tak jej to niemiło.
Sama się wini, iże mniej ostrożna:
Siedzieć się pewnie szczurowi sprzykrzyło.
Żalu ciężkiego opisać nie można:
Chce włosy targać, ale ich nie było.
I gdyby jeszcze spełna zdrowe miała,
Pewnie by była zębami zgrzytała.

Do gusłów zatem i czarodziejstw sławnych
Skrzętnie się baba natychmiast udaje.
Cyrkuł na ziemi kryśli z liter dawnych,
Szepce pod nosem, dzikie rzeczy baje,
Rzuca pęk ziółek czarami zaprawnych,
Zżyma się, siada i znowu powstaje.
Nim zaś te wszystkie gusła uczyniła,
Dziewięć się razy wkoło okręciła.

Okropnym głosem straszy okolice,
Mocarstw piekielnych ku pomocy wzywa.
Na wielowładnej rozkaz czarownice
Jęk się okropny spod ziemi dobywa.
Lucyper z swojej rusza się stolice
I trzoda duchów podziemnych pierzchliwa.
Gwiazdy swych spuszczać przestały promieni,
Księżyc się krwawą posoką rumieni.

Zjadłe padalce i gadziny piszczą,
Żmije się na jej czołgają skinienie;
Drży ziemia, ognie piorunowe błyszczą,
A jakby zginąć miało przyrodzenie,
Wzmaga się coraz burza, wiatry świszczą,
Stuletnich dębów wzruszają korzenie.
Dzielniejsze zatem guślarstwa zaczyna
I zwykłym czarty sposobem zaklina.

Już z wymuszonej piekła odpowiedzi
Wie, co się z nędznym Gryzomirem stało:
Jako w niewoli u księżniczki siedzi,
Co się z nim pierwej, co się potem działo.
Czegóż ciekawość babia nie wyśledzi?
Kontenta przeto, że się jej udało,
Przy rannej zorzy, niepotrzebna świecy,
Na swej łopacie jedzie do Kruszwicy.

Tam winowajca prędko osądzony
Za swe przestępstwa i nowe, i stare,
Już na plac śmierci jest wyprowadzony,
Aby odebrał zasłużoną karę.
Zbiegł się na widok lud nieprzeliczony
Patrząc na miłą księżniczce ofiarę.
Kantor, co na guz nie przestał się żalić,
Stos nałożony miał pierwszy zapalić.

Widzi to baba i z litości wzdycha;
Myśli, jak wyrwać rycerza od śmierci.
Na koniec z zemsty przyszłej się uśmiecha;
Wysypie proszku z pudełka pół ćwierci:
Kantor raz po raz jak kicha, tak kicha,
Po wszystkich nosach ciemierzyca wierci,
Kicha księżniczka, kichają dworzanie,
Kicha król, senat, panowie i panie.

Poznał, że łaska bogów oczywista.
Gryzomir, z więzów uwolnion na stosie.
Z tak powszechnego kichania korzysta
I gdy z nich każdy myśli o swym nosie,
Ucieka. Już był ubiegł kroków trzysta,
Gdy poznał babę łaskawą po głosie.
Kicha lud cały, im kto głośniej huknie,
Baba się z śmiechu ledwo nie rozpuknie.

Nie tracąc czasu, gdy go tylko zoczy,
Zaraz mu każe na koń z sobą siadać;
Ociera z śmiechu zapłakane oczy.
Nie było czasu babie odpowiadać,
Więc jak najprędzej w tamtą stronę skoczy,
O dalszą podróż już się nie śmie badać.
Mądry po szkodzie, na którą zasłużył,
Siadł na łopatę i oczy zamrużył.

Gdyby był patrzył lecący pod chmury,
Byłbym mu za to wdzięczen nieskończenie.
Pięknież to przecie patrzać na świat z góry,
Widzieć rzek kręty i miast położenie,
Gmachów różnice i architektury!
Cieszy się umysł na samo wspomnienie.
Gdyby, co widział, łaskawie objawił,
I pisarz by się, i czytelnik bawił.

Skupia się coraz wojsko rozpierzchnione:
Gryzander wszystkich mieści w swoim gumnie.
Posiłki, długim marszem utrudzone,
Krzepi, a jako zwykł działać rozumnie,
Tai, co nie wie: "W którą poszedł stronę
Gryzomir rzecze wiadomo to u mnie."
Z zaczęciem wojny bynajmniej nie spieszy,
Nowe zaciągi wzmacnia, stare cieszy.

Szpiegi tymczasem oznajmują wiernie,
Co się w Kruszwicy z Gryzomirem stało.
Jak koło niego już było mizernie,
Co przed kichaniem, co potem się działo.
Że brat ocalon, cieszy się niezmiernie,
Lecz go to przecie tajemnie bolało,
Iż się z swoimi już poprzestał bratać,
Jak tylko zaczął po powietrzu latać.

Pieśń Ósma
Jest to na tuzie czerwiennym pisano:
"Ile głów, tyle sposobów myślenia."
Przez co potomnym wiekom znać dawano,
Jak towarzystwo trudne do zgodzenia.
Z szkodą powszechną nieraz doznawano
Takową wadę ludzkiego plemienia.
Niech tylko razem czterech, piąciu radzą,
I nic nie zrobią, i pewnie się zwadzą.

Zasiadła rada, wybrana wśród wiela,
Przyszło kolejno dawać wszystkim zdanie.
Uwielbia pierwszy monarchę Popiela,
Czci wiekiem złotym słodkie panowanie;
Umysłu swego tajemnic udziela,
Jak by zakończyć myszów wojowanie.
Górnej wymowy rozwodząc osnowę,
Taką natychmiast zaczyna przemowę:

"Za nic rozjadłych Garamantów ciosy
I meotycznych narodów rycerze
Ani zwycięskich Bityńczyków losy,
Ani cejlańskie hartowne puklerze.
Tłumią się w mnogich aplauzach odgłosy,
Czczące milczenie miejsce pochwał bierze:
Że nam Opatrzność najwyższa udziela
Najjaśniejszego monarchę Popiela.

Przeszedłeś, panie, wszystkie twoje przodki,
Wzniosłeś swój naród nad Kaukazu góry.
Wszyscy potomni muszą być wyrodki.
Chociażby cudem zostali natury.
Twojej mądrości przyczyny i środki
Przyszłe i przeszłe łączą koniunktury.
Przemów, a cały naród ludzki w ciszy
Z respektem twoje wyroki usłyszy."

Kanclerz natychmiast, poważny i stary,
Trzykroć odkaszlnął i oczy zamrużył,
Zdjął z garbatego nosa okulary,
Nadął się, zwykłej wspaniałości użył,
Rzekł zatem: "Winne myszy srogiej kary,
Żeby zaś termin im się nie przedłużył,
Na przykład innych poddanych niesfornych,
Trzeba je pozwać do sądów zadwornych."

Rzecze podskarbi: "Wiele czynią szkody;
Słuszna, niech winny, co zepsuł, nadgrodzi.
Mniejszą się przez nie publiczne dochody,
W gumnach, stodołach na żywności schodzi.
Przez naszą gnuśność zyskały swobody,
A że niekarność kryminały rodzi,
Kiedy się żywią krwawą naszą pracą,
Niech znaczną sumę do skarbu zapłacą."

Idzie kolejno dalsze wotowanie;
Różnią się w radzie, i nie bez przyczyny.
Podskarbi gani kanclerzowe zdanie,
Kanclerz w marszałku wynajduje winy,
Hetmani radzą spieszne wojowanie.
Trwa wrzawa więcej jak cztery godziny.
Tamten, ażeby daremnie nie siedział,
Chwali lub gani, co drugi powiedział.

Przychodzi zbierać wota rozstrzelane.
Ażeby wiedzieć, co skonkludowali.
Na wzór umysłów zdania pomieszane:
Pokazało się, iż darmo gadali.
żeby więc wrócić czasy pożądane,
W tumulcie na tym niby to przestali:
Ażeby tronu nie spełzła ozdoba,
Niech pan to robi, co mu się podoba.

Zamilknął jeden z senatorów dawnych,
Od czasów kilku dyzgracyjowany,
Za to, że zbytnie szperał w księgach prawnych,
Nie tak się stroił jak inne dworzany,
Nie śmiał się z kocich igraszek zabawnych,
Nie chwalił w radzie ministry i pany.
Od innych przeto zupełnie odrodny,
Mądry, poczciwy, cóż, kiedy niemodny!

Co więc z początku kotom poruczono,
Na siebie teraz księżniczka to bierze.
Wojnę formalną myszom ogłoszono,
Ludzie z kotami zachodzą w przymierze;
Ręce niewieście rzucają wrzeciono,
Tarcze, pociski piastują w cholerze.
Mruczysław, kontent, zbiera swoje koty
I do dzieł sławnych dodaje ochoty.

Wszystko gotowo do okrutnej wojny,
Czas też z łopaty Gryzomira zsadzić.
Siedzi na miejscu już teraz spokojny,
Daje się babie tam, gdzie chce, prowadzić,
A w nowe coraz dziękczynienia hojny,
Jej to porucza, jak ma sobie radzić.
Lubo do Iotnych podróż mniej ochoczy,
Leci na azard, zamrużywszy oczy.

Chociaż nie widzi, lecz czuje i słyszy,
Jako łopata, w bystrym locie chyża,
Idzie ukosem; już powietrze w ciszy,
Znak, że się coraz ku ziemi przybliża.
Słychać pisk wielki zgromadzonych myszy.
Wtem, gdy się bardziej wietrzny powóz zniża,
Staje na ziemi; a gdy z babą zsiada,
Zewsząd go wielka otoczy gromada.

Zjazd to był szczurów nad Renu brzegami,
Którzy niedawno wielką bitwę zwiedli,
Świeżymi jeszcze okryci laurami,
Wielbili wodzów, a w zemście zajedli,
Oznajmowali swoimi pieśniami,
Jak mogunckiego elektora zjedli:
Nic nie pomogła twierdz mocnych obrona,
W baszcie na wyspie zagryzły Hattona.

Że wieść prawdziwa i dowodne cuda,
Nikomu o tym wątpić się nie godzi.
Jakże ma w druku znaleźć się obłuda?
Z ksiąg starożytnych wszak prawda wychodzi
Co za dziw, czasem że szczurom się uda?
A wreszcie, Gdy to nikomu nie szkodzi.
Wierzmy z pospólstwem, a śmiejmy się w ciszy.
Ja się tymczasem powrócę do myszy.

Zrazu się trwoży całe zgromadzenie
I dziwna powieść przytomnych obeszła,
Coraz się wzmaga większe zadziwienie,
Mniej już zaprząta i wygrana przeszła.
Powszechne zatem nastało milczenie,
Gdy baba wpośród zgromadzenia weszła.
Na pierwszym miejscu przy królu stanęła
I taką zaraz przemowę zaczęła:

"Królu przemożny, waleczni rycerze,
Wy coście męstwem świat cały zdziwili!
Przychodzę z wami zawierać przymierze.
Wojnę ogłaszam w zbyt okropnej chwili,
Jeśli wspaniałość górę u was bierze,
Teraz czas, byście czynami sprawdzili.
Iż mimo szczupłość mniej zdatnej postaci
Cnota w was swojej dzielności nie traci.

Jednego z wami zostaje rodzaju
Ten, co go ze mną przed sobą widzicie:
Był królem szczurów, myszów w polskim kraju,
Niegdyś w dostatki korzystał obficie.
fortuna według swojego zwyczaju
Odjęła wszystko, ledwo uniósł życie.
Im surowszego dziś losu doznawa,
Tym śmielej ze mną wraz przed wami stawa."

Obszernie zatem powiadać zaczęła
O przeszłej wojnie, jej całym porządku:
Skąd się najsamprzód nieprzyjaźń powzięła,
Jak można było zabieżeć z początku,
Co każda strona czynić przedsięwzięła;
Szły dalsze dzieła pasmem z tego wątku:
Kto co opuścił, a kto zaś przyczynił,
Kto był mniej winny, kto bardziej zawinił.

Dopiero kiedy przyszło w szczególności
Wyliczać dzieła każdego rycerza,
Jakie z obu stron były zajadłości,
Jak czynić z sobą nie chciały przymierza,
Prawi godzinę i drugą w żwawości;
A gdy bynajmniej do końca nie zmierza,
Tyle wymową obfitą sprawiła,
Iż wszystkich, nawet kompana, uśpiła.

Już się też była, baba zmordowała.
Spojrzy... aż nowe dla niej widowisko.
Wszystkich, co pierwej w porządku widziała,
Czy kto wysoko siedział, czyli nisko,
Leżą pokotem, chrapie rzesza cała.
Więc, rozgniewana na takie igrzysko,
Porwie za oręż... wtem, gdy się postrzegła.
Znowu łopata na swym miejscu legła.

Król mysz Syrowind, jak postrzegł łopatę,
Czuły monarcha zaraz się obudził.
Gryzomir smutną widząc alternatę.
Lubo się równie i naspał, i znudził.
Przeprasza babę; wtem łupy bogate
Gdy jej oddano, ten ją widok wzbudził.
Syrowind, który groźby skromnie znosił,
Pomoc obiecał - i tym ją przeprosił.

Z skutku podróży zupełnie kontenta
I łagodnymi zniewolona słowy.
Powstały ze snu myszy niebożęta,
Stanął i pojazd do drogi gotowy.
Przeszłe przypadki gdy dobrze pamięta,
Zmyśla Gryzomir, że ma zawrót głowy.
Żegna się przeto z babą po kryjomu,
A sam piechotą wędruje do domu.

Pieśń Dziewiąta
Kiedym był młodszy, i -jam też wędrował;
Co i z drugimi, toż się ze mną działo.
Nierazem próżnej włóczęgi żałował,
Nieraz sposobów i wątku nie stało.
Rzadki z ustawnych podróż profitował,
Kto zyskał, temu szczęściem się udało.
W pielgrzymowaniu kto czas drogi trawi,
I innych trudzi, i sam się nie bawi.

Nadto się letko wybrał w podróż wielką
Nasz rycerz, który do ojczyzny bieży.
Skoro się rozstał z swoją wodzicielką,
Porzuca miejsce, gdzie obozem leży
Wielki Syrowind. Ten uczynność wszelką
Gdy obiecuje, srodze się najeży:
"Czas - rzecze - przestać ustawnego smutku!
Co my umiemy, poznasz to po skutku."

Gdzie teraz żyzne Renu okolice
Przejeżdżającym widok czynią miły,
Hercyńskich Lasów naówczas ciemnice
Okropną swoją zaroślą straszyły.
Pragnące żyru zjadłe niedźwiedzice
Straszliwy odgłos po kniejach czyniły.
Miłość ojczyzny bojaźń gdy uśmierza,
Nie dba Gryzomir na dzikiego zwierza.

Wiele ucierpiał, wiele musiał znosić,
Któreż to pióro wyobrazić zdoła!
Nieraz się ledwo potrafił wyprosić,
Nieraz obskoczon prawie dookoła,
Nieraz kryjomo musiał się wynosić,
Nieraz pracował w pocie swego czoła.
Powab go żaden bynajmniej nie nęcił,
Stąd się odwagą, stąd sztuką wykręcił.

Święta miłości kochanej ojczyzny,
Czują cię tylko umysły poczciwe!
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,
Dla ciebie więzy, pęta niezelżywe.
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,
Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe.
Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

Już się ku krajom sarmackim przybliża.
Snują się różne myśli na przemiany.
Stan smutny prawej radości ubliża,
Cieszy pielgrzymstwa termin pożądany.
Choć go los przykry gnębi i poniża,
Chociaż przewlokłą podróżą stargany,
Nie dba na prace, sili się i spieszy,
Aż jej się miłym widokiem nacieszy.

Staje tam, kędy wśród nizin rozległych
Pieniste wały bystra Warta toczy.
Chciałby zgromadzić towarzyszów zbiegłych,
Nieraz z bitego gościńca wyboczy.
Pamięć współbraci w srogich bitwach ległych
Łzami napełnia zapłakane oczy.
Zemsta potępia umysł zbyt spokojny,
Miłość ojczyzny wstręt czyni od wojny.

Rzuca się w rzekę mimo groźne wały
Coraz to hardziej wzmagającej burzy,
Zimnem przejęty i prawie zmartwiały.
I lubo cały firmament się chmurzy,
Krzepi sił słabość animusz wspaniały,
Czy się nad flukta wznosi, czyli nurzy,
Po pracowitym lądem, wodą biegu
Na pożądanym przecież stanął brzegu.

Wkrótce szpichlerze owego lichwiarza,
Koło nich zgraje myszy gdy obaczył,
Kontent, iż mu się dobra pora zdarza,
Wiernym poddanym ukazać się raczył.
Wesołe echo okrzyki powtarza,
Zwłaszcza gdy zbiegłym rycerzom przebaczył.
Widok monarchy naród cały cieszy,
Ze wszech stron każdy do niego się spieszy.

Nie stawiły się w takowym pośpiechu
Wojska sarmackie na rozkaz Popiela:
Nie chcą się mieszać w wojnę godną śmiechu.
Kotom tej wieści gdy książę udziela,
Ucieka do swej wyspy bez oddechu,
Ani już wyniść z zamku się ośmiela.
Wódz kotów, choć się tą nowiną strwożył.
Obóz porządnie nad Gopłem rozłożył.

Lelum Polelum Popiel błaga, wzywa,
Ale ofiary złe wróżki przynoszą
Wtem zgraja myszy idzie zapalczywa,
Rotmistrze hasła po szykach roznoszą,
Całe się wojsko do broni porywa,
Kotły i trąby czas potyczki głoszą.
Mruczysław hufce swoje uszykował,
Popiel trwożliwy w piwnicę się schował

Prawym Syrowind zawiadował skrzydłem
Wodne prowadząc sponad Renu szczury.
Gryzander, co był Popiela pieścidłem,
Nieulękniony na kocie pazury,
Mężnych rycerzów godny być prawidłem,
Straszny z postaci, straszny z armatury,
Wiedzie lewego skrzydła wojowniki.
Gryzomir średnie ustanawia szyki.

Nic mieli czasu do przemowy wodze,
Taka złość obie wojska zdejmowała.
Rozpacz wzajemna nie myśli o trwodze;
Miesza się w kupę wojsk gromada cała,
Gryzą się wzajem zapaleni srodze,
Od wrzasku, pisków aż ziemia zadrżała,
Tuman się wzbija pod same obłoki,
Trupów mogiły, krwi płyną potoki.

Świecą się we łbie jakby dwie pochodnie
Zapalczywego Mruczysława oczy,
Straszy pozorem swoje i przychodnie.
Gryzomir, nie mniej mężny i ochoczy,
Dawniejszą sławę utrzymuje godnie;
Wtem trochę na bok gdy z nagła uskoczy,
Widzi, Mruczysław że już bardzo z bliska
Hufce renańskie trwoży i uciska.

Stary Syrowind mimo wiek zgrzybiały
Dawnej mężności swojej nie uwłacza:
Olbrzymowatą postacią wspaniały,
Nieprzyjaciołom w niczym nie przebacza.
Już koło niego hufiec okazały,
Synów i wnuków grono go otacza.
Pełne odwagi i mężnej ochoty,
Na przelęknione rzucają się koty.

Wrzaskiem trwożliwym swoich wskroś przejęty,
Mruczysław prosto na ten odgłos leci.
Za jednym razem Gomułkiewicz ścięty,
Sławny pułkownik szczurów roty trzeciéj:
Szperkas, Twarogus, puzurmi ujęty,
Osierocili pozostałe dzieci.
Nie wybiegał się z przemysły sztucznymi.
Poległ Syrosław razem z bracią swymi.

Parmezanidas bieży z lewej strony.
Syn Syrowinda, piękny i waleczny,
Widzi, iż ojciec wkoło oskoczony,
Od natarczywych kotów mniej bezpieczny.
Gdy leci obces, w punkcie zagryziony.
Godzien pamięci, godzien sławy wiecznéj.
Syrowind, który śmierć syna oglądał,
Pełen rozpaczy, umrzeć tylko żądał.

Z nagła Gryzomir natychmiast przypada:
Rzuca Mruczysław połów pewny prawie;
Ażeby koniec wzięła dawna zwada,
Stanęli razem na pięknej murawie.
Trwoga we wszystkich umysłach osiada,
Komu niebiosa stawią się łaskawie.
Nim się zaczęła jednak bitwa żwawa,
Gryzomir mówił tak do Mruczysława:

"Niechaj się postać twoja nie nadyma,
Zuchwalcze, godzien prędkiego skarania!
Nie straszy mężnych statura olbrzyma,
Owszem, jest celem sławy, pożądania.
Kto zbyt o sobie, tak jako ty, trzyma,
Niewart jest względów, niewart pobłażania.
Uznasz, twym zgonem szlachcąc me zwycięstwo,
Jak głupią hardość karze prawe męstwo."

Rzekł, a ku górze gdy oczy podniesie,
Postrzegł łaskawą babę na łopacie,
Pewnym zadatkiem szczęścia raduje się,
Tuszy o losu kotów alternacie.
Pewien, że nowy laur bitwa przyniesie,
Myśli Mruczysław o szczurów zatracie.
Dalszą rozmową czasu nie trawili,
Obydwa pędem ku sobie skoczyli.

Widzieli tam było rzeczy niesłychane.
Sztuki rycerskie przedniego wyboru.
Pobojowisko krew czyni rumiane.
Nie gasi jednak srogiego rankoru.
Patrzą się na to wojska zadumiane,
Co może zjadłość wraz z punktem honoru.
Mruczysław srogi i w mocy potężny,
Gryzomir szybki, udatny i mężny.

Trzykroć się jeden na drugiego miota,
Trzykroć zamachy obu nadaremne:
Szarpie kot szczura, dogryza szczur kota;
I zysk, i strata z obu stron wzajemne.
Dodaje siły rozpacz i ochota.
Każdy cios czyni dźwięki mniej przyjemne.
Snują niepewne nici czułe Parki,
Gdy się rycerze porwali za barki.

Los, który waży stan wszego stworzenia.
Natychmiast stawił szale swoje złote:
Los, co wyroków swoich nie odmienia
I w jedno jarzmo wsprząga złość i cnotę.
Fatalny kotom wyrok zaginienia
Na Mruczysława dał; a wtem ochotę
Ujął i dzielność; rycerz zawołany
Padł Gryzomira męstwem pokonany.

Pieśń Dziesiąta
Gdybym był królem lub jaśnie wielmożnym,
Chciałbym mieć serca sług albo poddanych.
Miłość powszechna czyni człeka możnym,
Stawia w korzyściach nieoszacowanych.
Na cóż się przyda rozkazywać trwożnym?
Czyliż nie lepiej mieć obowiązanych?
Skarby, oręże wszystko to rzecz płocha;
To grunt, gdy sługa pana swego kocha.

Ciężka rzecz dostać poddanych życzliwych,
Zraża podległość prawo rozkazania.
Już się przebrało na sługach poczciwych,
Sama nierówność wstrętem od kochania.
Hardość w zamysłach swoich popędliwych
Sądzi na oślep i płocho nagania.
Pan wszystkim winien, wszystkim w odpowiedzi.
Dlaczegóż winien? Bo najwyżej siedzi.

Takie nieszczęście dobrych królów czeka.
Nie był w ich liczbie Popiel rozpieszczony;
Sam wojnę zaczął, a z placu ucieka.
Nieprzyjacielskim zbliżeniem strwożony.
Patrzyć się nawet na bitwę z daleka
Nie śmie, twierdzami choć ubezpieczony.
Zemdlony pracą, strudzony w ucieczce,
Upił się miodem i zasnął na beczce.

Twardym snem zdjęty, stojący przed sobą
Widzi otrutych stryjów orszak smutny.
Byli ci niegdyś narodu ozdobą,
Nieprzyjaciele władzy absolutnéj.
Przybliżają się okryci żałobą:
Poznał swe dzieło monarcha okrutny,
A gdy przejęty strachem ledwo dyszał.
Taką do siebie przemowę usłyszał:

"Zniewieściałego ojca godny płodzie,
Cnoty najmniejszej nie mający znaku,
Ty, któryś wojnę wypowiedział wodzie,
Największy swego królestwa pijaku,

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM