Odwołanie

Szczęściu nie ufam, bo od tego słońca
Wiem, że cień pada, chłodny cień bez końca.
O sławie nie śnię: łzami się opłaca.
Nie chcę i dumy: w gorycz się obraca.
Szału nie wzywam, bo mię nie zagłuszy.
Piosnki nie czekam: nie odpowie duszy...
Lecz choć się dotąd znaczy dla mnie łzami
Miłości pragnę i myślę chwilami,
Że jeszcze kiedyś, naraz, niespodzianie
Przedemną cicha i radosna stanie...

W jakiejś nieznanej, niewidzianej stronie,
Gdy z wody wstają mgły, a z kwiatów wonie
I szary wieczór pada na rozłogi,
Spotkam ją nagle, gdzieś, na skręcie drogi.
Zanim w mem sercu wzejdzie i zakwitnie,
Będzie na niebie jasno i błękitnie
I miesiąc rzuci już na białe ściany
Pierwszy swój promyk, złoty i różany.

A nim nas blaskiem jaskrawym otoczy,
Zaczniemy mówić, nie patrząc się w oczy.
Gdy w górze mleczna droga się zabieli,
Będę już prosić miłośnie i śmielej.
Północ roziskrza w niebie i w źrenicach
Gwiazdy, ja usta położę na licach...
Gdy Venus wzniesie pochodnię czerwoną,
Niechaj mi padnie pierś, na pierś spragnioną!

A niechaj potem – bo czar będzie krótki –
Jak czarne ptactwo zimą, przyjdą smutki
I gniazd szukają w samotności mojej.
Bo mię ta chwila wesprze i ukoi,
Bo miłość duszę na boleść uświęci,
Bo da mi władzę rozkosz snuć z pamięci,
Bo mi na wargi, jak zesłaniec Boży,
Żarzący węgiel natchnienia położy.

Czytaj dalej: Jesienne popołudnia – Konstanty Maria Górski

Źródło: Wierszem, Konstanty Maria Górski, 1904.