O zmierzchu

Autorem wiersza jest Maria Konopnicka

W Piotrowej bazylice próbują organy.
Mistrz nie tony, lecz echa westchnień z nich dobywa.
Zmierzch w pustej nawie. Ciemność ruchoma i żywa
Podnosi dzwon kopuły i rozszerza ściany.

Płynie muzyka dziwna, zaświatowa, cicha,
Dreszczem idzie w sklepienia, z mrokiem się jednoczy...
I nagle widzą moje zadumane oczy
Korowód mar wiejących przez nawę, co wzdycha.

Płyną kolory tęczy i srebrzyste lamy,
Białe infuły sterczą z mdłych świateł srężogi.
Jak astry gwiazd, rozkwitłe na wskroś mlecznej drogi.
Idą... Do jakiejś wielkiej, złotej idą bramy.

Coraz wyżej kopuła ucieka pod chmury,
Coraz dziwniej, błękitniej, przejrzyściej się czyni.
Nie słychać kroków. Cicho po taflach świątyni
Wloką się fiolety świetne i purpury.

Ludzie, posągi, księgi z złocistymi godłami
Idą, płyną — ogromne i potężne mary,
I ruszają się z posad obłoczne filary,
Tej puszczy marmurowej — cyprysy i jodły.

I ruszają się z posad wysmukłe kolumny,
Chwiejąc liść kapitelów, korony swej brzemię;
Chcą paść, chcą zimnem czołem uderzyć o ziemię...
Do jakiejś wielkiej śpieszą, bezimiennej trumny.

I ciszej pieśń organu ulata za światy
I bliżej coraz szemrzą wersety i psalmy...
Mozaiki, sarkofagi, alabastry, palmy
Sieją na marmur barw swych kolory i kwiaty.

Białość się piór wysoko nad nimi kołysze,
Chorągwie, baldachimy wieją i kobierce.
Bije dzwon... W spiż uderza mu spiżowe serce,
Lecz głosu nie wydaje: bije w wielką ciszę.

Już są blisko. Już widać podniesione głowy,
Pysznie sklepione czoła i ascetów twarze,
Oczy zamknięte... Wieją złote trybularze,
Zbłękitniając postacie w wizję, w kształt echowy.

W szmerach psalmów, szeptanych ustami martwymi,
W obłoku myrry, w mrącej zwiędłych kwiatów woni,
Paschały niosąc w mglistej i widmowej dłoni,
Idą, odchodzą. Może odchodzą z tej ziemi.

Nie słychać kroków. Cicho po taflach świątyni
Wloką się fiolety świetne i purpury...
Coraz wyżej kopuła ucieka pod chmury,
Coraz modrzej, przejrzyściej wskróś nawy się czyni.

I wieją srebrne lilie ołtarzów i freski,
I pnie kręconych słupów i lamp złote oczy,

Przepych barw, świateł, kształtów zwiewa się i tłoczy
W jakąś dalekość siną i w tuman niebieski.

Nie jak pielgrzymi idą; odchodzą — jak króle,
Wlokąc za sobą dziane złotem dalmatyki,
W dusznych woniach kadzideł i w echach muzyki,
Nad ziemi uniesieni radości i bóle.

Czy żywi, czy umarli idą w zmierzchu chwili,
Nie wiem, bo przemijają jak cień i jak mary,
A z nimi — jakiś wielki świat przemija stary...
Exodus jest: odchodzą ci, co się skończyli.

W ogromny zachód złoty i w ogromne zorze
Idą, a poza Tybrem ugasło już słońce
W ametystach Sabińskich gór i róże mrące
Liście swe osypują na liliowe morze.

Coraz dalej łka echo zaświatowej glosy
Coraz mgliściej przewija korowód rozwiany...
Jeszcze szmer słychać... Jeszcze westchnęły organy...
I nic i cisza. Fontan tylko płaczą rosy.

A na ostatnim schodzie, w gasnącym dnia blasku,
Gdzie do stóp bazyliki ścielą się marmury
Chrystusowi podobny mąż siedział niektóry,
Pisząc palcem — Ecclesia!... Ecclesia... — na piasku.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM