Mojżesz

 1896.

Południe. Cisza. Niebo z wszystkich chmur odarte,
ciemno-błękitne, ogniem ziejące na ziemię —
na widnokręgu ciężko jak kopuła wsparte,
a powietrze pod niebem przycichło j drzemie...
Żaden powiew nie świeży południowych żarów,
żadne drzewo nie kradnie cieniem słońca blasku:
pustynia....
 Pośród dzikich, palących obszarów
jakieś mrowie się rusza i wije na piasku:
Izraela narody! Lat czterdzieści mija,
jak warowne Egiptu porzucili grody,
idąc w ślad za Mojżeszem. Dzisiaj ich zabija
pragnienie! Mrą, wołając: O Jehowa! wody!
A Mojżesz, pustyń lew, milczy, zadumany...
Na pagórku piaszczystym stanął zdala ludu
i duma: »Dobry Pan! — lecz naród skalany
grzechem — czyż się ośmielę znowu błagać cudu?«
Ku ziemi spuścił wzrok — i brwi mu się zbiegły,
zaciśnięta, olbrzymia prawica zadrgała;

ćmy zwątpienia i rozpacz ducha mu obległy,
pobladł, — z piersi zdławionej prośba wyjść nie chciała.
Pojrzał przed się. Jak okiem zasięgnąć — namioty,
a w namiotach śmierć mieszka. Spragnione wielbłądy
wśród ludzkich trupów leżą. Kędy błyszczy złoty
dach świątyni nad płaskie podniesiony lądy,
kilku mężów i niewiast i dzieci kilkoro
złamanemi głosami skarżą się Jehowie...
Odwrócił oczy. Dalej, jak śmierci jezioro,
piaski leżą gorące — a w nich ludu mrowie...
Krzyk go wyrwał z zadumy. Pojrzy, obok leży
trup kobiety, — mąż nad nią z obłąkanym wzrokiem
kąsa wargę spieczoną, — na trup matki świeży
wpełza dziecię i płacze. Ojciec suchem okiem
patrzy, — nie ma już wody i łez mu brakuje...
Lew pustyni się zatrząsł — i nagle mu łono
straszne wzdęło westchnienie, — i pierś mu faluje;
podniósł oczy ku niebu i twarzą wzburzoną
tajemnemi walkami patrzał w niebo długo;
podniósł ręce: A może! Bóg wysłucha może!
Oczy błyskawicowe łez nabiegły strugą,
drgnęła broda pierścienna i jęknął: O Boże!
Jęk się rozległ, jak grzmotu dalekiego echo;
czy Jehowa usłyszy? czy przyjdzie z pociechą?
Cisza...

 Po strasznym dniu noc przyszła straszniejsza.
Nie spano. Czekał lud śmierci lub zbawienia.
Wciąż głucho. Nic a nic. Noc żaru nie zmniejsza,
ani cierpień nie chłodzi straszliwych pragnienia.
Mojżesz nie śpi i duma: »Więc już umrzeć przyjdzie?
Do ziemiż obiecanej nikt już z nas nie wnijdzie?
O Jehowa! Gdyś w krzaku ognistym się zjawił,
rozkazałeś, bym naród z niewoli wybawił,
obiecałeś mu bujną i rozkoszną ziemię;
zaliż dzisiaj już cofniesz swoje święte słowa,
zali oddasz zagładzie ukochane plemię?«
Zwątpił prorok! Promienna opadła mu głowa
na szeroką pierś ogniem rozpaczy przeżartą;
myśli, coraz posępniej pod wysokiem czołem
płynąc, bólem wierciły skroń na ręku wspartą...
Usnął...
 Cisza dokoła. Z trupami pospołem
noc i żywych okryła tym samym całunem
śmiertelnym. —
 Mojżesz śpi...
 A wtem mu się zdało,
że niebo błysło nagle jaskrawym piorunem,
a w ognistych tęcz wieńcu, otoczony chwałą
siedmiu pułków anielskich zjawił się Jehowa

i nad śmierci padołem podniósłszy prawicę,
grzmiące jako orkany wypowiedział słowa:
»Jam jest Pan wasz i Bóg! Czystych wód krynicę
dam wam, byście Mym słowom wierzyli na zawsze;
wiedzcie, że serce Moje nad grzech wasz łaskawsze!
Powstań, sługo — i laską uderz w skał opoki,
a tryśnie źródło chłodne!« I zniknął. Znów głucha
cisza padła i znowu cień wrócił głęboki.
Mojżesz z twarzą na ziemi głosu Boga słucha;
choć już przebrzmiał, on jeszcze nie podnosi skroni —
i z wdzięcznością do serca mu weszło ździwienie,
że jeszcze Bóg wybawić zechce naród z toni
śmiertelnej, naród, który święte sprzymierzenie
tyle razy pokalał.
 Świt już wstawał szary,
niebo było pogodne, bez chmurki — jak wczora.
Wkoło piaski i piaski. Dzikich hyen chmary,
które koło obozu zebrane z wieczora,
nocą wyły pogrzebne i złowieszcze pienia,
teraz wojno znikały. Mojżesz dumał długo,
a gdy wreszcie się zbudził z świętego uśpienia,
słońce wzeszło, witając ziemię świateł strugą.

»Wody! wody daj, wodzu!« Mojżesz powstał, patrzy:
tłum go dziki oblega, ponury jak wczora,
tylko więcej rozpaczny i na twarzach bladszy,

i pragnienia go tłoczy dzisiaj większa zmora.
»Wody! wody daj ustom — lub wróć nam krainę,
kędy stoły mięsiwem zastawneśmy mieli,
dzbany wody i wina! Patrz! dziś twarze sine,
i pragnienie nam wargi niegdyś krwiste bieli!
Wzrok nam osłabł i ręce udźwignąć nie mogą
laski, aby podporę dać zdrętwiałym nogom!
Po coś wywiódł nas tutaj! Nie na nasze prośby!
Król nas smagał, to prawda, — ciężka była praca,
lecz dostatek my mieli! Tyś śmiertelne groźby
rzucił w Egipt — i po co? By nas wywieść w puszczę,
w dziki obszar piaszczysty, skąd już nikt nie wraca,
kędy owoc nie rośnie, ani woda pluszcze?
Tyś nam kłamał! — i kłamał twym głosem Jehowa,
kiedy ziemię obiecał, co mlekiem i miodem
płynąc, miała być dla nas rozkoszy ogrodem!
Kędyż kraj ten? Przeklęta niech będzie twa głowa,
przeklęte oczy, język i usta i wargi,
dłoń przeklęta, co naprzód wyciągnięta zawsze
na losy nas pędziła coraz gorsze — krwawsze,
i wzbraniała nam nawet słusznej w bojach skargi!«
Tłum się ruszył, kościste wychudłe ramiona
dzierżąc w górę i blade gniewem krzywiąc twarze,
krzyknął dziko: »Przeklęty!«
 Po całym obszarze
pustyń głos ten przeleciał, — gdzieś na kresach kona.

Czarnowłose szkielety o zapadłem łonie
i pożółkłych policzkach z ceglastym rumieńcem,
z suchą wargą i z okiem, w którem rozpacz płonie,
otoczyły Mojżesza ciasnym ramion wieńcem;
a w ramionach tych były pomarłe dziecięta
i kobiety nieżywe, których pierś zeschnięta,
nim skonały z pragnienia, dzieci truła jadem.
»Tyś je pobił!« I wściekłość szła tym tłumem bladym,
jako burza puszczami chodzi. Mojżesz spojrzał —
i kamieniem prawice uzbrojone dojrzał,
pełne śmierci dla siebie, — i nagle mu wzgarda
razem z gniewem wykwitła na twarzy płomieniem,
pierś się głosem wydęła, bezlitosna, twarda, —
krzyknął: »Precz stąd! niegodni!« — i ręki skinieniem,
groźne tłumy uciszył. »Komuż wy grozicie?
Mocy Boga, co we mnie obrała mieszkanie?
O, wy ślepi! Wy Bogu i Panu bluźnicie,
który słuszne za grzechy zsyła wam karanie!
On was wywiódł z Egiptu, rozwarł morza głębie,
pożywienie dał waszej pełnej bluźnierstw gębie —
a wy za to w podzięce bunty Mu niesiecie?
wy prorokom bluźnicie? On litości źródło,
więc był dla was cierpliwy, — lecz kiedy wychłódło

serce wasze dla Niego, dzisiaj snadź pomrzecie,
boście miary sprosności dopełnili słowy,
które jako szarańcza zaszły do Jehowy!
Oto mówił Przedwieczny dzisiaj do mnie, sługi:
Wody chłodnej i czystej dam ludowi strugi; —
ale grzech wasz ostatni zmroził boże serce:
niema źródła ni życia dla was, wy bluźnierce! —
Wy litości ni łaski niegodni! niegodni!
więc umrzyjcie spragnieni i umrzyjcie głodni!«

Jak piorunem rażony słuchał naród cały
słów proroka. Gdy skończył, wielka cisza legła...
Potem nagle, jak morza wzburzonego wały,
lud się ruszył — i z piersi tysiąca wybiegła
prośba pełna rozpaczy i śmiertelnej trwogi:
»Ratuj, ratuj nas, wodzu! My spragnieni, mrący,
pójdziem w worach, w popiele pod świątyni progi
łzami żebrać litości i żebrać ochłody!
Myśmy winni! — o, przebacz! niech ten żar gorący,
który trzewia nam pali, zgaśnie! Wody! wody!«
Mojżesz słuchał — i litość gniew spędziła z czoła;
podniósł głowę i okiem sokołem dokoła
powiódł — i rękę drżącą podniósł ponad tłumem:
»Oto laska w mej ręce! Odwiecznym rozumem
Pan tę rękę narzędziem zrobił swojej woli:
jeśli grzech wam daruje i zechce z niedoli

was wybawić, — to święte da mi moce swoje,
bym wam laską ze skały wywiódł wody zdroje!
Lecz czy zechce?...«
 Gdzie czarna wznosi się opoka,
stanął Mojżesz i twarz swą promieńmi rogatą
zwrócił w niebo, a potem błyskawicą oka
tłuszczę ludu ogarnął w nadzieję bogatą
i milczącą trwożliwie... —
 Uderzył o skałę, —
wody niema! —
 Lud zadrżał i zląkł się i czeka...
Mojżesz laskę znów wznosi, — ale jeszcze zwleka:
strach mu znowu uderzyć. Oto plemię całe
już umiera; a jeśli Pan mu dać nie raczy
wody, jeżeli bluźnierstw świeżych nie przebaczy?
Uderzył!... Wody niema!
 Uderzył raz trzeci:
drży skała, — ludu krzyk, struga wody leci...

∗ ∗

Na szczycie góry wielkiej rzekł Pan do Mojżesza:
»Oto ziemia przed tobą, którą ludu rzesza
na dziedzictwo posiędzie. Lecz, zaprawdę, noga
twoja na niej nie stanie! Jam przebaczył błędy
ciemnych; lecz ty, coś widział twarzą w twarz Mnie, Boga,

ty, którego Jam wspierał i zawsze i wszędy,
iżeś zgrzeszył — nie wnijdziesz do ziemi wraz z ludem
twoim. Którzy wodzami są z Mego ramienia,
niech nie wątpią! Ma wola nigdy się nie zmienia;
więc niech wierzą, że wesprę ich w potrzebie cudem!
Iżeś zwątpił, więc umrzesz. Świat i niebo miną,
ale Jam jest żyw wiecznie, Me słowa nie zginą!«

Czytaj dalej: Westchnienie - Jerzy Żuławski