„W polu” to powieść, której autorem jest Stanisław Rembek. Przez pewien czas była blokowana przez cenzurę, ponieważ przedstawia losy polskiego pułku piechoty w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku.
Spis treści
Po śmierci kaprala Górnego w siódmej kompanii narastały napięcia, choroby, dezercje i niechęć do Ludomskiego. Dereń, wyniszczony malarią, bezskutecznie próbował poznać okoliczności śmierci Górnego. Gdy bolszewicy uderzyli, kompania walczyła pod dowództwem Ludomskiego i Paprosińskiego, odpierała szturmy, odzyskiwała stanowiska, lecz po przełamaniu frontu została wciągnięta w chaotyczny odwrót. Paprosiński błąkał się wśród ognia, taborów, rannych i rozbitych oddziałów, a później odnalazł resztki kompanii. Po kolejnych walkach i marszach dywizja cofała się przez Łużki i Mosarz, odpierając Kozaków. Pod Sawiczami kompania ruszyła na Michnicze, starła się z kozakami i bolszewikami, a podczas buntu Robaka i Sołyszki Paprosiński został ranny. Piesik zabił kilku żołnierzy, a potem Paprosiński zmarł w drodze. Nad Wilią Ludomski z nielicznymi ludźmi osłaniał baterię, a Dereń przejął ogień salwami. W nocnym natarciu zginęli kolejni żołnierze, Ludomski został śmiertelnie ranny, a Dereń odnalazł go i wypomniał mu śmierć Górnego, po czym w gorączce ruszył w płonący las.
Nieszczęścia siódmej kompanii zaczęto wiązać ze śmiercią kaprala Górnego. Cichy i łagodny kapral podczas postoju nad Autą, między Śmigalszczyzną a Chachulkami, został wysłany przez podporucznika Paprosińskiego z sześcioma ludźmi na nocny patrol. Żołnierze przeszli przez rzekę i zarośla, lecz przed lasem ostrzelał ich ukryty bolszewicki kulomiot. Wrócili do okopów, ale Górny, Banasiak i Józef Robak zostali na przedpolu. Wkrótce ruszył atak bolszewików. Kompania musiała cofać się z ognia krzyżowego, lecz kontruderzenie odwodów odparło przeciwnika, a artyleria rozbiła gniazdo kulomiotu.
Następnego dnia do oddziału wrócił sierżant Dereń, wyniszczony malarią. Po przeglądzie zapytał o Górnego, a gdy usłyszał o jego śmierci, wypytywał żołnierzy i Ludomskiego, gdzie oraz dlaczego zginął kapral. Nocą wymknął się na przedpole, odnalazł ciało Górnego i przeszukał je, lecz pod ogniem musiał wrócić. Ludomski uznał, że śmierć kaprala ujawniła dawną przyjaźń obu podoficerów, ale odtąd między dowódcą a Dereniem narastała niechęć. Sierżant przy każdym niepowodzeniu powtarzał, że za życia Górnego w kompanii działo się inaczej, a żołnierze zaczęli dzielić dzieje oddziału na czas przed jego śmiercią i po niej.
Nastrój szybko się pogarszał. Antoni Robak, choć miał gorączkę, został wysłany na patrol, a po powrocie rzucił broń i skarżył się na traktowanie żołnierzy. Odesłano go do ambulansu, a po trzech dniach nadeszła wiadomość o jego śmierci na tyfus plamisty. Choroba zaczęła szerzyć się w kompanii mimo izolowania chorych. Żołnierze narzekali na wojnę, wojsko, niesprawiedliwość i Polskę, a Paprosiński obserwował ich rozgoryczenie. Oddziałowi nadal się nie wiodło. Czujka dostała się do niewoli, artyleria ostrzeliwała okopy i kuchnię polową, Rękowicz został ranny, a Struś zginął od zabłąkanej kuli. Spór o rzeczy Strusia pogłębił niechęć do Ludomskiego. Wkrótce zaczęły się dezercje, a jeden z uciekinierów przeszedł do bolszewików.
Ludomski chciał pozbyć się Derenia, ale dowódca batalionu Leśniak odmówił. Chory Dereń nie chciał iść do szpitala ani na urlop. Na froncie rosła przewaga bolszewickiej artylerii, samoloty patrolowały polskie stanowiska, a na przyczółku pod Sokołowszczyzną trwały nocne ataki. Ciała bolszewików zatknięte na drutach zaczęły się rozkładać, więc część pozycji cofnięto. Paprosiński wspominał własną drogę do wojska i awansu, a w okopach przekonywał się, że wojna nie jest jego żywiołem. Podczas upalnego dnia zauważył Derenia stojącego w pełnym umundurowaniu i patrzącego za rzekę.
Paprosiński zostaje nocą obudzony przez Ludomskiego, który oznajmia, że zaczyna się atak. Kompania stoi w mokrym od rosy okopie, a zza mgieł dochodzą odgłosy walki na skrzydłach. Ludomski wyjaśnia, że bolszewicy próbują wziąć oddział w kleszcze, obejść go i uderzyć od czoła. Żołnierze patrzą na szrapnele i szemrzą, że stoją bezczynnie, kiedy inni walczą.
Z przedpola wraca patrol Zajączkowskiego i melduje, że bolszewicy idą. Wkrótce zaczyna się ostrzał. Ludzie Ludomskiego otwierają bezładny ogień, którego Paprosiński nie potrafi powstrzymać. Potem włącza się artyleria bolszewicka, a wokół płoną wsie. Paprosiński idzie wzdłuż rowu, widzi nieruchomego Derenia, natyka się na poległego, a przy schronie zastaje Cewowskiego i ordynansów strzelających w stronę lasu. Ławniczak biegnie z meldunkiem do Ludomskiego. Okop zasypuje ogień, a karabiny maszynowe kompanii zaczynają bić w las.
O świcie bolszewicy ruszają do szturmu, ale pierwszy atak zostaje rozbity. Nadchodzą kolejne natarcia. Gdy żołnierze zaczynają się cofać, Paprosiński zatrzymuje ich i doprowadza do walki na bagnety. W starciu zabija bolszewickiego dowódcę Horbaczewskiego. Kompania odpiera ataki, lecz potem dostaje rozkaz odwrotu. Podczas wycofania ludzie giną lub znikają, a jeden karabin maszynowy zostaje porzucony po uszkodzeniu. Na nowym stanowisku oddział ma odbić Śmigalszczyznę i pomóc przyczółkowi.
Paprosiński prowadzi część ludzi do płonącej wioski. Strzelcy z trudem ruszają naprzód, walczą wśród zabudowań i zdobywają bolszewicki karabin maszynowy. Ludomski naciera potem ku dawnym okopom nad Autą. Ogień zdobytej maszynki osłabia bolszewików, którzy uciekają, a kompania wraca na poprzednie stanowiska. W okopach żołnierze znajdują ciała obrabowanych kolegów i zabitych bolszewików. Następnie idą przez rzeczkę na odsiecz trzeciemu batalionowi, który wita ich z radością.
Sytuacja szybko znów się pogarsza. Ludomski zostawia w okopach młodego oficera ze wsparciem, a sam prowadzi ludzi ku Śmigalszczyźnie. W płonącej wsi traci orientację, wychodzi z kompanią na pole i natrafia na tłum bolszewików. Polacy uderzają z krzykiem, zmuszają ich do odwrotu i łączą się z resztą kompanii. Chwilę później wpadają pod ogień z kilku stron. Ranni krzyczą, żołnierze modlą się, a Ludomski oznajmia, że nie wyjdą z okrążenia i mają umrzeć jak żołnierze. Kompania uspokaja się i strzela do nacierających. Kiedy wróg jest już blisko, jego ruch okazuje się ucieczką. Zajączkowski rzuca się naprzód, za nim rusza kompania, a na pole bitwy wchodzi batalion odwodowy.
Wystąpienie batalionu odwodowego powstrzymało tylko na chwilę napór bolszewików. Nieprzyjaciel pojawił się także na prawym skrzydle, a wokół Chachulek powstał nowy wir walki. Polskie tyraliery zaczęły się cofać, Chachulki dostały się w ręce bolszewików, a trzeci batalion został odcięty na wzgórzu Sokołowszczyzny. Wieść o jego otoczeniu wywołała rozpacz wśród cofających się oddziałów. Oficerowie i podoficerowie próbowali organizować przeciwnatarcia z rozbitków, lecz dopiero kapitan Kudaj zarządził opuszczenie okopów, a dziesiąta kompania pod porucznikiem Topczewskim przebiła drogę przez Chachulki. Trzeci batalion ruszył tą drogą spod ognia granatów i szrapneli, zostawiając poległych towarzyszy.
Odwrót zmienił cały front w chaos. Polskie i bolszewickie oddziały mieszały się ze sobą, żołnierze biegali w różnych kierunkach, nie zawsze rozpoznając swoich i wrogów. Przy Ludomskim zostało tylko kilku ludzi, a Paprosiński nawet nie zauważył, kiedy został sam. Szukał reszty plutonu i zdobytego karabinu maszynowego, lecz nie potrafił powiązać następujących po sobie wydarzeń. Dał się porwać prądowi cofających się żołnierzy i biegł przez zboża, łąki i krzaki, czując, że jako oficer ucieka z pola walki. Po obu jego stronach biegli bolszewicy, ale mijali go lub zatrzymywali się dopiero za nim. Paprosiński nie oglądał się, tylko pędził dalej, aż zaczął mu dokuczać ból w prawej stopie, wywołany obluzowanym ćwiekiem w bucie.
Na tyłach walczących skierował się ku płonącej wsi. Po drodze zatrzymał rannego żołnierza z dwudziestego dziewiątego pułku, który niósł własne wnętrzności do ambulansu. Paprosiński wypytywał go, czym został trafiony, ale nie umiał udzielić mu żadnej pociechy i odesłał go dalej. Potem ruszył w stronę wioski, czując się obco na cudzym terenie, pośród wybuchów, strzałów i dymów. Dotarł w pobliże zamaskowanej baterii, która prowadziła szybki ogień. Patrzył na obsługę dział, na kanonierów podających pociski, zamkowego obsługującego zamek i celowniczego wydającego komendy. Widok tej uporządkowanej pracy wciągnął go i uspokoił. Usiadł przy dziale, zdjął but, odwinął onucę i znalazł w podeszwie wystający drewniany ćwiek, który zaczął usuwać muszką pistoletu.
W baterii trwał nieustanny ogień. Telefonista przekazywał meldunki obserwatora o ostrzale, pożarach, cofaniu się piechoty i walce na bagnety. W pobliżu zaczęli pojawiać się ranni i cofający się piechurzy. Jeden z nich przyniósł wiadomość, że bateria musi opuścić pozycję, bo piechota nie powstrzyma bolszewików dłużej niż kilka minut. Działa umilkły, obsługa zaczęła pakować sprzęt, ale oficer baterii kazał jeszcze prowadzić ogień do bolszewickiej artylerii. Goniec ponowił rozkaz zejścia z pozycji, a telefonista nie mógł już połączyć się z obserwatorem. W końcu podkomendni zaczęli ściągać przodki do dział, gdy wokół baterii toczyła się walka na bagnety. Nadciągnęła ostatnia kompania odwodu i otworzyła ogień do bitewnego zamieszania.
Armaty ruszyły z dołów, a Paprosiński dopiero po chwili zdołał założyć obtarty but. Postanowił nie opuszczać kanoniera, lecz szybko zabrakło mu cierpliwości. Pobiegł przez podwórza i płonącą wieś, mijając opuszczone sady, rannego chłopa, samotną armatę i strzaskany wóz z koniem siedzącym w hołoblach. Chciał wydostać się z ognia na otwartą przestrzeń. Przy wylocie wsi zobaczył brunatną chmurę, ogień i wybuchy nad drogą do Łużek. Zaprzęg znów ruszył ku tej ścianie, a Paprosiński spojrzał na zegarek: była punktualnie siódma. Po szosie bębnił huraganowy ogień.
W nocy 4 lipca bolszewicy uderzyli dwudziestoma dywizjami na sześć wyczerpanych polskich oddziałów nad Autą i Berezyną. Przełamali oba skrzydła, a potem zaatakowali środek, gdzie stała dziesiąta dywizja piechoty generała Żeligowskiego. Gdy Polacy zaczęli się cofać, artyleria skierowała ogień na drogę odwrotu z Dzisny do Głębokiego. Paprosiński wybiegł na szosę i znalazł się wśród kurzu, dymu, ludzi, koni, wozów i zaprzęgów miotanych huraganowym ogniem. Biegł przez nawałnicę, widząc ciała, rozbite wozy, konające konie, rannych i maruderów. Wpadł na rumowisko obalonego zaprzęgu, został kopnięty przez rannego konia, zobaczył konającego żołnierza i ruszył dalej.
Na szosie modlił się, tracił spokój i go odzyskiwał. Zauważył zwalniające zaprzęgi oraz działo, które żołnierze ustawili ponownie do strzału. Po jednym wystrzale ruch na drodze stał się bardziej uporządkowany. W pobliżu folwarku Ulino zobaczył chłopa stojącego nad rowem i piechura, który zastrzelił go po krótkim oskarżeniu. Paprosiński sięgnął po rewolwer, ale nie oddał strzału. Wkrótce odłamek trafił w wóz obok niego; Paprosiński upadł, zakrwawił nos i stłukł zegarek, lecz nie został ciężko ranny.
W kurzawie natknął się na Ludomskiego, który pytał o kompanię i kazał zebrać, co się da, bo miał zacząć się kontratak. Paprosiński dotarł do zagrody, gdzie odnalazł część siódmej kompanii. Żołnierze leżeli wyczerpani i nie odpowiadali na pytania o resztę oddziału. Zajączkowski wrócił z amunicją i upominał Robaka za porzucenie łusek. Wkrótce zjawił się porucznik Leśniak. Dowiedział się, że Ludomski poszedł w stronę Łużek po rozmowie z Dereniem, po czym polecił Paprosińskiemu prowadzić kompanię za sobą. Oddział ruszył polną drogą. Leśniak oznajmił, że pułk zajmuje stanowiska do przeciwnatarcia, a siódma kompania zostanie odwodem batalionu za pagórkiem.
Paprosiński zatrzymał ludzi we wskazanym miejscu. Widział cofające się oddziały, rozbite wojsko, polski samolot i konny orszak generała Żeligowskiego. Na polach ukazały się baterie, tyraliery i bataliony idące do polskiego przeciwnatarcia. Główne uderzenie poprowadził dwudziesty dziewiąty pułk strzelców kaniowskich z majorem Walterem. Nadeszły wiadomości, że pułk zdobył Bogdinoje i Dworzyszcze, a część oddziałów doszła do Auty. Kompania ożywiła się rozmowami i żartami, a Paprosiński, wyczerpany i poparzony słońcem, zapadł w majaczenia o Warszawie, cukierni i dawnych znajomych.
Obudził go Ludomski, kazał mu wstać, wypić kawę i szykować się do wymarszu. Paprosiński pił kwaśną kawę z menażki i obserwował tyralierę po drugiej stronie drogi. Gdy jeden żołnierz zaczął uciekać, Zajączkowski, Rudajewski i Piesik zawrócili go do szeregu. Ludomski rozkazał siódmej kompanii maszerować i wyjaśnił, że bolszewicy znów obeszli lewe skrzydło i wychodzą z lasu na lewo od gościńca.
Po całodziennym boju dziesiąta dywizja oderwała się od nieprzyjaciela i zajęła nową linię obronną nad Mniutą. Bolszewicy, wyczerpani walką, nie wykorzystali zwycięstwa. Kompania Ludomskiego okopała się na wzgórku nad rzeką, niedaleko Łużek. Żołnierze zasnęli w płytkich wnękach strzeleckich, a kuchnia polowa zaginęła. Ludomski oskarżył o to Sołyszkę, któremu po odsunięciu Derenia wróciły obowiązki szefa kompanii. Głodni żołnierze, zmuszeni do umacniania stanowisk, zaczęli narzekać i się buntować. Rudajewski odmówił pracy, Michał Robak próbował go naśladować, a kapral Dziduch chciał zmusić go do okopywania się. Paprosiński wkroczył w spór, przypomniał rozkaz i zdobył uznanie kompanii, gdy spokojnie odpowiedział Rudajewskiemu, że wszyscy są jednakowo głodni i dostaną obiad po przyjeździe kuchni.
Nastrój w oddziale poprawił się, gdy wrócił Ludomski i pojawiła się kuchnia. Żołnierze jedli brunatną zupę z fasoli, a Paprosiński i Ludomski rozmawiali o wydarzeniach minionego dnia. Ludomski wyrzucał sobie, że podczas bitwy opuścił kompanię, a Paprosiński opowiadał o swoim biegu przez ogień i o modlitwach odmawianych w największym zagrożeniu. Potem Ludomski przyznał, że sam zapomniał rano o pacierzu, co uznał za zły znak, i odszedł sprawdzić ustawienie karabinów maszynowych. Po zakończeniu drugiej bitwy nad Mniutą Paprosiński był zbyt wyczerpany, by odczuć ulgę. Wieczorem leżał bezsennie, potem odzyskał spokój, rozmyślał, usiadł na słomie i zobaczył śpiącą kompanię oraz Derenia przeżywającego napad febry. W oddali odezwały się działa i karabin maszynowy, a Paprosiński położył się znowu i zaczął cicho płakać.
Polskie dowództwo zorientowało się, że dywizja jest zagrożona oskrzydleniem, i wydało rozkaz odwrotu w kierunku południowo-zachodnim. Oddziały ruszyły nocą ku Łużkom. W miasteczku zebrały się kolumny piechoty, baterii i taborów. Marsz stał się trudny przez kurz, upał, zmęczenie, chorych i rannych, zatory oraz mieszanie się piechoty z artylerią i wozami. Paprosiński szedł z boku drogi wraz z Sołyszką, Żyszkiewiczem i Dereniem. Po drodze widział maruderów, zdechłe konie, porzucone skrzynie z amunicją i rozbity wóz. Gdy kolumna stanęła, żołnierze odpoczywali, jedli resztki zapasów i palili papierosy. Przy rowie znaleziono spuchnięte zwłoki żołnierza. Zajączkowski rozpoznał po kołnierzu, że poległy był z polskiego oddziału, a Jagusiak wyciągnął spod ciała kolbę karabinu i został upomniany.
Wkrótce przeciwległym rowem przejechał sznur ułanów trzynastego pułku, po czym rozeszła się wieść, że dywizja jest otoczona. Oficerowie i podoficerowie ustawili kompanie na drodze, kazali założyć bagnety i przygotować się do przebicia przez kozackie tyły. Wyżsi oficerowie nakazywali spokój i strzelanie tylko na rozkaz. Z wysokiego wzgórza żołnierze zobaczyli całą dywizję: liczne oddziały piechoty, baterie, tabory i różnorodne umundurowanie pułków. W marszu wymieniano uwagi o mijanych formacjach, aż kolumnę przerwał okrzyk o dziwnym zjawisku na niebie. Nad płonącym lasem wisiała ciemna chmura i krwawe słońce. Wywiadowca przywiózł wiadomość, że Głębokie spłonęło, tabory wycięto, a armia kozacka idzie na tyły Polaków.
Dywizja szła dalej do Mosarza. W upale i kurzu kolumny mieszały się, wozy tarasowały drogę, a żołnierze cierpieli z pragnienia, ran, odparzeń i chorób. W Mosarzu oddziały zatrzymały się w tłoku, plądrowały chałupy i czerpały wodę ze studzienki. Potem ruszyły dalej, a Paprosiński obserwował chaos taborów i rozmowę artylerzysty z kapitanem o niebezpieczeństwie ze strony Kozaków. Gdy pojawił się Żeligowski, ruch taborów i baterii został uporządkowany, a oddziały rozwinęły się do walki. Kompania Paprosińskiego pozostała w odwodzie jako osłona baterii. Artyleria zajęła nowe stanowisko, odpierała kozackie szarże i zwalczyła nieprzyjacielską baterię. Deszcz i zapadająca noc zakończyły starcie, a dywizja ruszyła dalej rozmytymi drogami.
Po kilkunastogodzinnym marszu kolumna zatrzymała się pod Sawiczami. Żołnierze padli na zakurzoną łąkę i zapadli w odrętwienie. Łącznik przyniósł Ludomskiemu rozkaz zajęcia Michnicz, gdzie mogli kręcić się Kozacy. Dowódca ruszył z drugim plutonem, a Paprosińskiemu polecił poczekać na kulomiot. Paprosiński przypomniał sobie sen o Górnym, który zapowiedział śmierć kompanii. Gdy Piesik zameldował nadejście karabinu maszynowego, Paprosiński zebrał pluton i ruszył ku wsi.
Po drodze żołnierze minęli ciało zabitego, a w Michniczach zastali konającego bolszewika. Wokół rannego zgromadzili się mieszkańcy i strzelcy, lecz nagle odezwał się kulomiot i wszyscy rzucili się pod płoty. Robak przyniósł rozkaz Ludomskiego, więc Paprosiński dołączył do dowódcy przy cmentarzu. Ludomski chciał prowadzić rozpoznanie, a Paprosiński sprzeciwiał się natarciu. Po sporze kompania ruszyła ku lasowi i wyszła na polanę z wioską uznaną za Kuryłowicze.
Ogień Cewowskiego wspierał natarcie. Strzelcy i kulomiot odparli pierwszą szarżę Kozaków, ale drugi pluton pobiegł za wrogiem i wpadł w popłoch po następnym uderzeniu. Kozacy przejechali po części kompanii, a Ludomski próbował organizować opór. Zajączkowski, Piesik i inni pomogli mu w walce z kozackim oficerem. Kozacy ustąpili, lecz bolszewicy opanowali las i przecięli drogę odwrotu. Paprosiński kazał przesunąć kulomiot, a potem z Rudajewskim zabłądził. Obaj wydostali się na drogę i uciekali przed bolszewikami. Ogień kompanii ze wzgórza uratował ich przed pościgiem.
Sołyszko zameldował Paprosińskiemu, że zebrało się ponad dwudziestu ludzi, a Ludomskiego nie ma. Paprosiński przeprowadził resztę kompanii na cmentarz. Wkrótce Ludomski wrócił z Dereniem i wybuchnął gniewem z powodu braku ubezpieczeń. Rozkazano wysłać patrol, lecz Robak odmówił. Dziduch uderzył go, Robak podniósł karabin, Sołyszko wystąpił z pistoletem, a Paprosiński zasłonił Ludomskiego. Padł strzał i Paprosiński został ranny w pierś. Zaraz potem Piesik zabił Sołyszkę, Robaka, Rudajewskiego i Hajdusia. Kolejną szarżę Kozaków zatrzymał ogień kompanii i kulomiotu. Rannego Paprosińskiego przeniesiono na płaszcz; nie mógł poruszyć nogami.
Nocą Paprosiński jechał na wozie. Przeprosił Ludomskiego za wypomnienie Górnego i wyznał, że to on wysłał kaprala na patrol. Po kolejnych strzałach Ludomski odszedł do ubezpieczeń. Po kilku dniach resztki kompanii dołączyły do odwrotu własnych wojsk. Oddział prawie przestał istnieć. Zajączkowski został ranny i prawdopodobnie wzięty do niewoli, Dziducha zarąbali Kozacy, inni zaginęli. Paprosiński umarł cicho w nocy, a jego ciało porzucono po drodze. Ludomski patrzył na rozbitą kompanię i na Derenia leżącego w rowie.
Gdy armia północna zajęła linię Wilii, pierwsza bateria dostała rozkaz ustawienia się na zachód od Świetlan. Porucznik Świnarski i podporucznik Tarasewicz długo szukali wsi na niedokładnej mapie, a tymczasem wokół płonęła puszcza. Bateria ruszyła drogą z okrąglaków, w dymie, upale i wśród pękających pocisków. Po godzinie dotarła do pustych zabudowań, które okazały się Billewiczami, nie Świetlanami. Wywiadowcy przyprowadzili przerażonego chłopca Kaziuka. Ten twierdził, że nie zna Świetlan ani okolicy, lecz po groźbach Świnarskiego zgodził się prowadzić baterię ku miejscu, gdzie kończy się las. Kiedy wyszło na jaw, że wskazany teren nie nadaje się na stanowisko ogniowe, bateria zawróciła. Spotkany kapitan Szulc rozkazał Świnarskiemu otworzyć ogień z małej polanki przy drodze. Artylerzyści ustawili działa między drzewami, zaczęli ścinać sosny, rozwijać łączność i szukać osłony, bo po drugiej stronie rzeki roiło się od bolszewików.
Zamiast spodziewanej kompanii przybył Ludomski z kilkoma obdartymi, wyczerpanymi ludźmi. Świnarski oburzył się, że tak mała grupa ma osłaniać baterię, i kazał wysłać do okopów dodatkowych artylerzystów. Wtedy do Ludomskiego podszedł wachmistrz Bekierski, dawny znajomy, który z radością go rozpoznał. Opowiadał mu o synu, rodzinie, bolszewikach, majątku pod Głębokiem i córce wydanej za majora Świderskiego. Ludomski prawie nie odpowiadał, a gdy artylerzyści z karabinem maszynowym dołączyli do jego oddziału, ruszył z ludźmi ku rzece. Bekierski uzyskał zgodę dowódcy baterii i poszedł za nim.
Oddział dotarł do skraju lasu i natknął się na nieruchomą postać. Wysłani żołnierze odkryli, że na sośnie powiesił się Kaziuk. Po tym znalezisku grupa ruszyła dalej i doszła do starych niemieckich okopów nad Wilią. Wśród strzałów i nadlatujących kul Ludomski prowadził ludzi do rowów. Piesik, przerażony ogniem, rzucił się na ziemię, chwycił oficera za nogę i krzyczał, żeby nie iść dalej, bo wszystkich zabiją. Ludomski kopnął go i sam zszedł do okopu.
Po drugiej stronie rzeki bolszewicy przygotowywali przeprawę. Ludomski rozmieścił garstkę strzelców i artylerzystów, a Dereń niespodziewanie przejął komendę nad ogniem, nakazując strzelać salwami. Ludomski kazał wysłać łącznika do sierżanta, lecz żołnierze zameldowali, że nie ma wśród nich kaprala Górnego, bo nie są z jego kompanii, tylko przyłączyli się podczas odwrotu. Ludomski zrozumiał, że z dawnej kompanii po śmierci Piesika zostali tylko on i Dereń. Próbował powiedzieć to sierżantowi, lecz Dereń leżał w febrze i nie reagował, a Ludomski usiadł obok niego i zaczął płakać.
Po północy rozpoczęło się natarcie. Obrońcy strzelali, ale bolszewicy szli ku rzece, szydzili z Polaków i śpiewali. Karol próbował zejść z okopu, by dosięgnąć jednego z wrogów, lecz został trafiony z karabinu maszynowego. Gdy inni wychylili się, aby mu pomóc, seria zabiła ich w rowie. Artylerzyści zaczęli uciekać z karabinem maszynowym, a piechota bolszewicka ruszyła na opuszczony okop. Podczas odwrotu Dereń usłyszał, że z tyłu został ranny dowódca kompanii. Zawrócił i odnalazł Ludomskiego leżącego w kałuży krwi, z rozdartym gardłem jak niegdyś Górny. Nachylił się nad nim i wyszeptał z nienawiścią pytanie, czy warto było zmarnować Górnego, po czym odszedł.
Osłabiony febrą Dereń szedł przez ogień i las. Usłyszał głos Ludomskiego, ujrzał postać, którą wziął za Chrystusa, lecz rozpoznał w niej ciało powieszonego Kaziuka. Potem zobaczył przywidzenie całej dawnej kompanii: Rudajewskiego, Jagusiaka, Piesika, Robaka, Dziducha, Zajączkowskiego, Ludomskiego, Paprosińskiego i spóźniającego się Górnego. Zrozumiał, że to majaki z bezsenności i choroby, ale uznał za prawdę, że kompania, która dopuściła do śmierci Górnego, przestała istnieć. Ruszył w głąb płonącego lasu, pogwizdując.
Aktualizacja: 2026-06-30 21:00:05.
Staramy się by nasze opracowania były wolne od błędów, te jednak się zdarzają. Jeśli widzisz błąd w tekście, zgłoś go nam wraz z linkiem lub wyślij maila: [email protected]. Bardzo dziękujemy.