Anioł poranku.
Dosyć snu, dosyć! podnoś się powieko!
Wszystkie się gwiazdy już podopały;
Już i jutrzenkę zatopił dzień biały.
Noc przed mem tchnieniem uciekła daleko.
Rosa zagasła, słońce już wysoko,
Cały świat powstał, — otwieraj się oko!
Oko.
Nie ściągaj jeszcze ze mnie mej powieki!
Lubo mi pod nią — gdyby tak na wieki.
Cóż tam zobaczę, kiedy się otworzę?
Ściany ponure jak mury więzienia,
Oblicza obce, zimne jak z kamienia;
Ludzie, niebiosa, wszystko jak nie — Boże.
Anioł poranku.
Duchu, gdzie jesteś? czas wracać do ciała?
Już w dalszą drogę poszła ziemia cała;
Żegnaj złudzenia, rzucaj światy błogie,
Podnoś twe ciało i dalej z nim w drogę!
Duch.
Co? głos poranku znowu sny me płoszy?
Przypatrz się, przypatrz mej wielkiej rozkoszy;
Czy i tych nawet zabawek w nicości,
Czy i mar nawet mój los mi zazdrości?
Wielkaż — bo wielka mych uciech rozpusta:
Przeszłość spłakana na swym własnym grobie,
Przyszłość niepewna, półwidna, w żałobie,
Przeszłość i przyszłość memu szczęściu pusta:
Oto świat gdzie się pokrzepiam i bawię.
Wolę go jednak niżli świat na jawie.
Ja.
Precz, precz poranku, od mojej łożnicy!
Nie płosz mi ducha twych skrzydeł szelestem,
Strzałami blasku nie rań mi źrenicy.
Alboż-to nie wiesz kto jestem, gdzie jestem?
Myślisz, że doli mojej nie dopędzę?
Niech wstanę równo ze słońca zachodem,
Jeszcze prześcignę najrączniejszą nędzę,
Jeszcze się spotkam z troskami i głodem,
Napełnię wzgardą mą torbę żebrzą,
Całą tę ziemię obejdę rozpaczą
I dosyć jeszcze nazbieram zasobu,
By znowu usnąć jak pod głazem grobu.
Rozwal koło mnie tę murów zagrodę,
Roztocz koło mnie rodzinną przyrodę,
Zawieś nade mną moje niebo jasne,
Pierwsze spojrzenie niech padnie na drzewa,
Niechaj chór ptaszy pobudkę zaśpiewa;
Lecz ptastwo, drzewa, niechaj będą własne,
Drzewa z rodzinnym, znajomym powiewem,
Ptastwo z rodzinnym, zrozumianym śpiewem;
A wtedy każdą wstającą jutrzenkę
Będę pozdrawiał przez nową piosenkę.
Będę czujniejszy od gwiazd najczujniejszych,
Po całych nocach nad światłem księżyca
Będę na straży, jak za dni dawniejszych
Nad świętym ogniem kapłanka-dziewica;
A dziś mię zostaw ze snami mojemi,
Ciężko w ich świecie, lecz ciężej na ziemi.
Anioł poranku.
Nie bluźnij dniowi i sobie nie bluźnij,
Ażebyś nie był przymuszony później
Sam siebie karać przez własną twą wzgardę.
Ty się uskarzasz na twe losy twarde!
Czyż-to już niema nędzniejszych od ciebie?
Czy nikt już nie jest w twej pracy potrzebie?
Czy już spełniłeś twoje powołanie?
Czy więcej zrobić nie jesteś już w stanie?
Czy więcej zrobić nie jesteś powinien?
A może oto tysiące twej braci
Twoje sny gnuśne cierpieniami płaci,
A co odpłacić będziesz kiedyś winien!
Nie służysz bliźnim a żądasz po niebie,
Aby robiło dla ciebie za ciebie.
Bez trudu walki chcesz mieć jej korzyście.
Złe rządzi, ciśnie ziemię rzeczywiście,
Czujesz to, widzisz na sobie, do koła,
A ty co? zamiast postawić mu czoła,
Chcesz wybrnąć z niego nieruchem, skargami;
Kryjesz się przed nim pomiędzy marami.
Chcesz się wyzwolić dając w jarzmo szyję,
Rzucając oręż gdy wróg zewsząd bije.
Upominasz się u Boga o dary,
Co są nagrodą tylko szczerej pracy:
Leniwiec żądasz pracownika płacy,
Twej nieoferze każesz nieść ofiary.
Żądasz miłości nie dając miłości.
Nic podobnego sam szatan nie rości.
Ocuć się, ocuć! przed strasznem ocknieniem,
Ocknieniem wiecznem, gdzie żadnem uśnieniem
Nie złagodzą się praca i zgryzota,
Które nakłada przespanie żywota.
Ja.
Dzięki aniele! bądź błogosławiony!
Patrz! ja już wstaję, jam już ocucony
I odtąd marom nie dam się ułudzić.
Twe słowa siłę życia mi wlewają.
Duchu mój do mnie! idźmy innych budzić,
Idźmy tych budzić co śpią choć czuwają.
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.