Była to chwila straszliwa,
Jeszcze mię jej strach przeszywa,
Nie daj Boże, do niej wrócić,
Kiedym się w piekło chciał rzucić,
Przez jedną chwilę próżności,
Gniewu na świat, niemiłości,
Przez zerwanie z wyższym światem;
A niby w czystem pragnieniu
Popędzić świat ku zbawieniu
Chociażby piekielnym batem.
Szczerze opowiem rzecz całą,
Dla przestrogi drugich w części,
Bo co wtedy mnie spotkało,
Zdarza się łatwiej i częściej
Niźby się zrazu zdawało.
Gdym raz głębiej niż zwyczajnie
Badał człowieczeństwa tajnie,
I myślami je przenikał
I zmysłami je dotykał;
Gdy obraz jego widomie
Stanął mi w całym ogromie;
Takąm zobaczył nikczemność
W duchu i życiu ludzkości,
Taką śmierć i taką ciemność.
A dla śmierci, dla ciemności
Tyle w człowieku miłości;
Tak silny na złe kierunek,
Tak próżny wszelki ratunek
W prawdach z wysoka podanych,
Odpartych lub mordowanych;
Tak zniszczone czyste czucia
W tej atmosferze zepsucia,
Żem już nie widział sposobu,
Aby na dnie tego grobu
Prawe życie się zbudziło
Chyba pod nieprawą siłą.
Gdym się w tajnie te zagłębiał,
W rosnącym do ludzi wstręcie,
Zły zaduch i mnie oziębiał,
Sam znalazłem się w zamęcie:
Wyszła ze mnie święta siła
Ofiary pokornej cichej,
A moc nieczysta wstąpiła
Nienawiści, wzgardy, pychy:
Niemożna niebem, więc trzeba
Pokonać piekło bez nieba.
I tym opętany szałem,
W żółci i dumie wołałem:
» Duchu zły, czarcie, szatanie!
Słuchaj, stawaj na wezwanie.
Najplugawszy z najplugawszych,
O ty samych piekieł zmazo!
Klnę ciebie całą obrazą
Słów zelżywych, krzywd najkrwawszych,
Przybywaj szatanie, czarcie!
Potrzebne mi twoje wsparcie.
Ha jesteś! Słuchaj przeklęty!
Ja podzielam twoje wstręty
Do rodzaju człowieczego;
Zbrzydł mi ten ród światła lichy,
Nudzi mię stan jego cichy,
Ja chcę zmieszać spokój jego
Tem co lubi — biczem pychy;
Ja pragnę zatrząść, ja muszę
Aż do głębi wszystkie dusze.
Ale chorągiew ich wiary
To lachman dla nich za stary;
Ich cnoty łakie powszednie,
Ich miłości takie brednie,
Że się mi z tego wszystkiego
Nie zda do zamiaru mego.
Mnie potrzeba tego świata,
Gdzie najnieczyści szatani,
Przez całej przeszłości lata,
Znosili sprosność stworzenia
Jak do plugastwa otchłani;
Tam będę szukał natchnienia.
Tam zaczerpnę i pokażę
Niewidziane dotąd rzeczy;
Bryznę niemi ludziom w twarze,
By się z nich rodzaj człowieczy
Czyścił w wieki najpóźniejsze,
Jak z plam wypalonych trądem,
Jak z krwi skażonej nierządem.
Ludzkość do kości obnażę,
Przedrę się aż do jej śpiku;
I co jest najbezecniejsze
W najnieczystszym jej tajniku,
Tem będę oczy jej mazał,
Aby się taka ujrzała
Jaką nikt jej nie pokazał;
Aby zawołać musiała:
Oto poeta! któremu
Równego dotąd nie było
W okropnościach, w bezecnościach.
Chwała i przekleństwo jemu!
Chwała w piekieł głębokościach!
A ty, czarcie, całą siłą
Twojego świata mię wspieraj,
Prowadź mię w twój świat, otwieraj!
Otworzył — Ledwom weń wkroczył,
Ledwom wzrok po nim potoczył,
Oślepiałem skamieniały
I w mem ciele i w mym duchu.
Włosy z trwogi się rozpierzchły,
Drutem się powyprężały,
Oczy zastygły, zamierzchły,
Stanęły w trupim nieruchu;
Wszystkie zmysły ciała prysły
Zaledwie ten świat dotknęły;
Przerażone ducha zmysły
Ku nicości się cofnęły
Przed tym gniazda larw widokiem.
Wzgarda ludzi w żal rozlana
Uszła rzewnych łez potokiem,
Duma padła na kolana.
Precz, precz, szatanie! krzyknąłem.
Weź twój świat z przed mego oka.
Choćby blask wiekowej sławy
Miał nad mojem wieszczeń czołem
Tak jasnem zaświecić kołem,
Jak jest czarna twa pomroka,
Precz świecie sprośny, plugawy!
Nie ja twe skarby posiędę,
Nie ja korzystać z nich będę!
I znakiem zbawienia świętym
Czarta wraz z jego dziedziną
W znikome dymy rozwiałem;
Na zawsze z światem przeklętym
Związek nieczysty zerwałem,
A z ludzką światła rodziną
Na wiek wieków się zjednałem.
Takiej była okropności
Owa poezya sprosności.
A niestety! są niektórzy
Ognia wieszczego kapłani,
Co schodzą do tej otchłani,
Czerpią jady z jej kałuży,
Durzą się niemi z rozkoszą,
Między ludzie je roznoszą,
Poklaski za nie kupują;
Dla oklasku sobie, złemu,
Dla ulgi wnętrzu strutemu,
Bez litości braci trują:
O biada, biada takiemu!
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.