Zaszumiał wiatrem wierzch drzewa zielony,
Po cichych wodach błękit się rozlewa;
Już to nie błękit ukochanej strony,
Nie lubych wspomnień te kwiaty i drzewa.
Spłynęły one, spłynęły daleko
I bez powrotu przeszłości rzeką.
A w moich czuciach tak pusto, tak ciemno,
A świat tak nagi, tak obcy przedemną,
Że dzikie oko błąka się dokoła,
Jak wzrok pchnionego do piekieł anioła.
Więc już nie ujrzę was po tym rozdziele,
Mojego serca drodzy przyjaciele?
Więc mi już wasze nie zabrzmią godziny,
Ciche uciechy dobranej drużyny?
Gdy ta myśl jedna uderzy do głowy,
Wtedy łza szczęścia, przeszłości sierota,
Nabrzmiała rozpaczą, spłynie
W obecności jad żółciowy,
I w potwornej mieszaninie
Tak zmąci puchar żywota,
Że łamiąc ręce wołam, jak bóstwo syn ciała,
Gdy mu napój podano śmierci spragnionemu:
„Czemuż mię, o mój ojcze, opuściłeś, czemu?”
Biada mi, że tak wołam! zasłona wciąż cała,
I słońce wciąż dokucza spojrzeniu mojemu!
Źródło: Dzieła Seweryna Goszczyńskiego, 1852.