Do pociągów wychodzą blade, starsze panny.
Kurjer zziajany nadleci,
gorącą zaśmieje się paszczą,
krwawemi ślepiami zaświeci.
Za taflami –
wykwitną panie złote jak dziewanny,
o oczach podłużnie rozciętych, orzechowych,
wychylą ciekawe głowy,
albo o szyby greckie nosy spłaszczą.
Od tempa szalonego zadysoco dworzec.
Kurjer zniknie. Tylko daleko nad lasem
bluzną iskry i dymu rozwieje się pasek.
Te w sleepingach wśród słonych obudzą się szumień
nad rozhuśtanem, jaspisowem morzem.
A te z dworca, powracać będą wolno i w zadumie
duszną aleją zakwitniętych lip
i z trwogą podchwytywać będą każdy skrzyp.
Świat przygód się rozwinie jak filmowa wstążka,
morze, wille wśród palm, jak w przeczytanych książkach.
A potem, już przed domem, postoją w ogródku,
psa pogłaskają, groszki obejrzą pachnące,
podwiążą ciężką, pochyloną różę.
Na skwitnięte jaśminy spadną łzy gorące,
jak gwiazdy jaśminu – tak duże.
Potem, na palcach, do domu wejdą pocichutku.
Źródło: Pochwała życia i śmierci, Kazimiera Alberti, 1930.