Smutek

Idziesz ty, smutku mój, za mną po świecie,
idziesz ty za mną...
Morzaś przepłynął i przeszedłeś góry
i jesteś przy mnie wciąż...
W złoconych miastach, wśród ulicznej wrzawy;
gdzie tłum się wił i śmiał,
tyś się przemykał jak wąż
i wciąż
ramię o ramię, jam cię przy sobie miał —
i szedłeś wraz ze mną
i rękę mi kładłeś na czole,
aby mi było w blasku słońca ciemno...

Tyś ze mną
siedział w noc cichą na okrętu przodzie,
kiedy w miesięczną wpatrzony ścieżynę
na czarnej wodzie
myślałem: dokąd ja tą drogą płynę
i w jaki kraj —

ja com zostawił już szczęście za sobą
gdzieś na rozdrożu,
dokąd ja płynę
tą drogą srebrną na wielkiem morzu
miesięczną drogą...

Na szmaragdowych kanałach, w gondoli,
tyś się kołysał wraz ze mną — milczący
i w jasnych blaskach dnia,
w pożarnem słońcu
widziałem bladą twą postać na czarnej
ławie siedzącą przedemną
jak cień,
widziałem twe duże,
twoje bezsenne, nieruchome oczy...

Na drogie, złote pałace,
na cuda w barwnym rzezane marmurze
wraz z niebem w wodnej odbite przeźroczy,
przez twą zasłonę patrzyłem
i byłem,
jak człowiek, co czyta
na wszystkiem pięknie to jedyne słowo,
to twoje słowo, co zewsząd wykwita,
gdy z tobą się błądzi po świecie,
słowo: ruina!

A kiedym szklankę czerwonego wina
wznosił do ust,
by przecież zapomnieć na chwilę o tobie,
tyś wpierw dotykał ustami swojemi
brzegu mej czary,
aby trucizną mi było
wino czerwone,
i zamiast pijaną darzyć mnie siłą,
miast rzucać tęczowe mary
na świat —
szarą mgłą kryło me oczy.

I każdy kwiat
zerwany,
aby mnie poił woniami,
tyś miał w swej ręce
i zatruł wpierw swym oddechem;
i każde usta dziewczęce,
które kusiły mnie śmiechem,
tyś pierwszy, przedemną, całował,
abym ja na nich czuł twą gorycz jeno,
czuł — i żałował,
że mnie skusiły na chwilę
pachnące usta dziewczęce...

W oliwnych gajach błądziłeś wraz ze mną

i wśród cyprysów stałeś przy mnie blizko
i rzymskiej sławy deptałeś zwalisko
wraz ze mną...
a w noce bezsenne
na łóżku mojem
siadałeś czujny,
bym świt wstający każdego poranku
i każde słońce promienne
widział twojemi oczyma...

Alpy śnieżyste i białe,
gdzie wieczna sępi się zima
przeszliśmy razem —
i oto tutaj nad tą jasną wodą
szwajcarskich jeziór,
które widziały moją pierwszą, młodą,
bujną szczęśliwość,
jesteś znów przy mnie
i patrzysz cichy w błękitną toń
wraz ze mną —
i zwolna, zwolna przesuwasz
po czole mojem chłodną swoją dłoń,
ty — coś mi został jedynie,
mój bracie,
i będziesz przy mnie, kiedy wszystko minie,

po szczęścia i bólu utracie
ty wierny,
smutku mój, mój bracie —
smutku...!

Zurych.

Czytaj dalej: Westchnienie - Jerzy Żuławski