Uroki naturalizmu

Autorem wiersza jest Karol Irzykowski

Gdybyż nowi przełamywacze literaccy w Polsce zasadę wyższości formy nad treścią stosowali także do swojego własnego zachowywania się względem poprzednich, szanownych izmów! W walkach duchowych forma, czyli środki tych walk są symptomem treści. Otóż środki, jakimi się narzuca to nowe pokolenie, są stare, wzmocnione tylko amerykańskim tupetem i umiejętnością reklamy. "Jesteśmy młodzi! Jesteśmy nowi!" - oto główny argument [1]. Po prostu szantaż młodości. Dawniej młodzi musieli się dosługiwać, walczyć o swoje miejsce, i jeszcze dziś we Francji są takie stosunki, że młodzi, aby wypłynąć, drukują swoje tomiki pod nazwiskiem starszych (u nas zalecałby się raczej odwrotny proceder). Pajdokracja na całej linii! Krytyka i opinia publiczna są sterroryzowane. Tu i owdzie czasem ktoś - jakiś Irzykowski, jakiś Pieńkowski - postara się o to, aby tej poezji już "państwowej" (wyrażenie p. Merwina w "Tygodniku Ilustrowanym") nie zabrakło elementu męczeństwa, choćby na pokaz, najczęściej stara się o to prokurator, gdy skonfiskuje jaką Ggę albo wsadzi p. Anatola Sterna do kozy za to, że w bardzo paradoksalny sposób chciał okazać swoją ekstazę religijną.

Proszę przejrzeć dziełko p. Konrada Winklera pt. Formizm, które bodaj że najlepiej oddaje typowy (patrz różne jednodniówki literackie) sposób myślenia naszych rewolucjonistów sztuki. Dzieli on sobie pojęcia po prostu na dwie kategorie: probanda i contemnenda; po tej stronie ma ducha, duszę, mistycyzm, instynkt, religię, uczucie, syntetyczność, metafizykę, rasowość, kulturę, serce itp. - po drugiej stronie: materię, intelektualizm, racjonalizm, cywilizację, mózg i inne tego rodzaju diabelskie okropności. Te przeciwstawienia są przecież tanie jak barszcz, lecz jak barszcz narodowe i jada się je przy każdej sposobności. Czy kiedy zapanuje u nas zasada komplikacji zjawisk? - Otóż p. Winkler w przedmowie przeprowadza taką myśl: Co pewien czas starzeją się pewne kierunki sztuki, a nastają nowe: następuje okres walki "młodych" ze "starymi", ci tamtych nie rozumieją, więc chcą ich ośmieszyć, prześladować, lecz oczywiście przegrywają, ponieważ - ponieważ są starzy, a tamci młodzi i nowi! Takie mechaniczne pojmowanie racji swojej, takie łatwe antycypowanie zwycięstwa nie przystoi pionierowi formizmu - bo ileż było nowych prób, kierunków, które jednak w takich walkach upadły.

Ludzie najnowszej rewolucji w sztuce lubią potrząsać skalpem realizmu, naturalizmu, impresjonizmu - lecz wydaje się, jak gdyby te skalpy nie były autentyczne, jakby ci ludzie zapomnieli o ideologii tamtych kierunków albo ich zupełnie nie znali. Ogłaszać impresjonizm za niewolnicze obsługiwanie materii, zapominać, że wynikł on z kultu słońca, kultu natury, a nie materii, to wydaje mi się nie tylko niesprawiedliwością, lecz barbarzyństwem, kompromitacją nowych haseł, które może aż takich ofiar nie potrzebują.

Ale jeżeli w dziedzinie sztuk plastycznych jeszcze z niejaką słusznością można było mówić o mechanicznym kopiowaniu natury - tu stał, rósł, kwitł, pasł się, płynął model, a tu stał malarz ze swoim płótnem na sztaludze - to w poezji lekceważenie naturalizmu (dla skrócenia nie będę go tu odróżniał od realizmu) jest pustotą ze stanowiska estetyki i filozofii. Zapewne, gdy się widzi sztuki takie jak Nina Kampfa, czyta nudne i niepotrzebne opisy w powieściach dawniejszego typu, choćby w Janie Krzysztofie Rollanda, albo gdy się mierzy płytkość i zdawkowość tej satyry społecznej, jaką nas obdarzała Zapolska, można wykrzyknąć: wolę już sine brednie skrajnego futuryzmu czy formizmu, tylko nie to! Lecz rzeczy te były godne odrzucenia zawsze, nie dopiero dziś; nigdy nie gustowałem w Pani Dulskiej ani w powieściach Reymonta lub tejże Zapolskiej, którą właśnie teraz z okazji jej śmierci szczególnie gloryfikowano. Naturalizm Zapolskiej jest zły nie dlatego, że jest naturalizmem, lecz że jest płytki, oparty na obserwacjach dziennikarskich, nie wnikliwych, lecz złośliwych, a przy tyra schlebiających tłumowi. Dla kogo Dulska była rewelacją, ten oczywiście musiał mówić o geniuszu Zapolskiej; ja takim sztukom mogę przyznać tylko wartość społeczno-pedagogiczną dla pewnych sfer. Pasją jej była nie żądza prawdy, lecz żądza kompromitowania swych wrogów.

Ale prawda sama jest fufą (ze Strasznych dzieci Rostworowskiego), jeżeli nie staje się symptomem i dowodem siły tzw. ducha, na czymże zaś duch może najlepiej okazać swą siłę, jeżeli nie na tzw. materii, przez jej opanowanie? Albo czy może się mniema, że chęć opanowania materii jest tylko pokusą Ukrytego za nią szatana? Zachowajmy tę całą mitologię: czyż w takim razie nie godzi się duchowi - zamiast uciekać - wejść dobrowolnie w zasadzkę i zwyciężyć?

Po romantyzmie jako epoce marzenia przyszła kolej na naturalizm, nie dlatego, żeby nastała potrzeba odmiany, potrzeba nowej, choćby przeciwnej mody, lecz dlatego, ponieważ podjęto ziszczanie marzeń w materiale rzeczywistości: okazały się wtedy przeszkody, okazała się potrzeba nagromadzenia, przerobienia materiału, i zadania budowy były trudniejsze, niż się spodziewano. Taki jest rodowód psychologiczny naturalizmu jako odwiecznej, nigdy nie ginącej potrzeby ducha ludzkiego - mniejsza o to, czy pokrywa się on z faktyczną historią jednego Okresu literackiego, któremu tę nazwę nadano. A więc już w samej formie naturalizmu tkwi - nie tragedia, lecz co jest większe: dramat. Widać to w Pani Bovary Flauberta, gdzie marzenie ponosi pierwszą klęskę, zostaje skompromitowane. Lecz samo wyczucie klęski, "oddanie" jej w obrazie, ma w sobie moment perseuszowego bohaterstwa. Słusznie Brandes wykrywał pierwiastki romantyczne u Zoli; nie były one u tego pisarza sprzecznością wewnętrzną, lecz pozostałością po takiej a nie innej genezie jego twórczości: ów szalony pociąg w Bestii ludzkiej, pędzący bez konduktora w przestrzeń, to nie tylko symbol wyokrąglający tę powieść, lecz i świadectwo wewnętrznego rozmachu w bezkres fantastyczny, rozmachu utajonego w "ścisłych" metodach naturalizmu.

Nie jest więc prawdą, żeby naturalizm był bierną postawą ducha. Nie jest taką już choćby dlatego, że to się tylko tak wydaje, jakoby rzeczywistość można było kopiować niewolniczo. Zarzut ten wzięty jest wprost od ekspresjonizmu malarskiego, który słusznie występuje przeciw pomniejszaniu malarstwa do roli fotografii. Ale w poezji nie ma aparatów kopiujących, tylko mózg, i "kopiowanie" jest czynnością wyobraźni: odkrycie przedmiotu, nastawienie go, uchwycenie słowami. Trzeba wziąć, aby "oddać". Dlatego np. Charaktery Nałkowskiej można czytać jak tomik sonetów. Bezdusznym można być wszędzie, i w naturalizmie, i w ekspresjonizmie. Jeżeli się zżymamy na którego autora za to, że po. prostu tylko kopiuje rzeczywistość, to właściwiej i trafniej powinniśmy powiedzieć, że kopiuje on pewne utarte już wzory ujmowania rzeczywistości, że nie wychodzi poza metody Balzaka lub Reymonta. Nudzi nas nie sam naturalizm, lecz to, że oto jeszcze raz tak samo opisano chmury, drzewa, refleksy słońca w karafce z wodą albo nos i nogę kobiety. Specjalnie w Polsce realizm i naturalizm w powieści przybrały pewien swoisty, odstręczający charakter: sielankowy, dobroduszny, kochajmysi. Nie odczuwano zbyt boleśnie rozłamu między myślą a ziszczeniem, bo niewiele było myśli i rzadko przystępowano do ziszczeń. Godzono się na to, co jest, a rzeczywistość ujmowano przez grube rękawiczki. Sielankowość Pana Tadeusza zawisła była fatalnie nad powieścią polską i narzuciła jej na długi czas swoją atmosferę.

Że i przy naturalizmie w grę wchodzi intuicja, tego dowodem jest, że, podobnie jak w innych gatunkach poezji, torem ubitym przez jednego pisarza rzuca się zaraz dziesięciu naśladowców, powtarzających jego kolejności i rytmy, czego by nie było, bo każdy by miał dość pola, gdyby naturalizm był taki łatwy. W późniejszym rozbiorze filozoficznym z aktu intuicji wydziela się przedmiot, niby to stały, stwierdza się zgodność (wierność) odbicia z przedmiotem, i wtedy się mówi o prawdzie. W dalsze rozważania stosunku intuicji do prawdy itd. nie wchodzę, bo nie są tu potrzebne, wystarczy dość popularne ujęcie sprawy.

Jeżeli marzenie, idea kompromituje się przed rzeczywistością, to i rzeczywistość kompromituje się przed ideą. Tu są źródła tych uroków, jakie ma dla artystów naturalizm. Jest on tymczasową satysfakcją dla obrażonej idei. Istnieją w życiu szczegóły tak demonicznie trafne, szczegóły-skróty, odsłaniające tak dalekie i komitragiczne perspektywy, że znawca spostrzegłszy je musi wykrzyknąć: Jak to doskonale - napisane! W takich wypadkach zanotowanie takiego rysu jest tylko pozornie odpisywaniem życia, właściwie zaś należy je uważać za zdobycz nastawionej w pewien sposób wyobraźni. Pewien nieporządek rzeczy, znajdujący jednak wyjaśnienie w zawikłaniach bieżącego życia, może wywierać na autora takie wrażenie swą obfitością i kombinacyjnością szczegółów, że szczególną rozkosz sprawia mu przedstawić ten chaos jako porządek. Z młodszych pisarzy Kaden ma najsilniejszy zmysł dla takich uroków. W tej powierzchni życia można się istotnie zakochać bez pamięci, dotykając jej najdziwaczniejszych zakrętów i wypukłości. W artyście rodzi się wtedy ambicja, by sprostać takiej rzeczywistości, by samemu wytworzyć taką fantastykę. Tak powstaje opis katastrofy wojska kartagińskiego w Wąwozie Toporu (Salammbo Flauberta), naśladowany potem przez Zolę gdy w Klęsce opisywał piekielny kocioł Sedanu. Najprzykrzejsze szczegóły wchodzą w skład obrazu, tchnącego tą osobliwą elegancją realizmu, na której znał się także Gautier. Naturalizm staje się przez to kopalnią kształtów, z których korzystają potem i inne gatunki i kierunki literackie.

"Świat jest już raz dany, byłoby nonsensem powtarzać go!" - pisze niemiecki ekspresjonista Kazimierz Edschmid. Słusznie, jeżeli np. snob starej daty zachwyca się wspaniałym opisem dworku litewskiego albo "pyszną" charakterystyką karbowego z Kociej Wólki, ciesząc się, że on w tym wypadku może potwierdzić zgodność opisu z modelami (chociaż nawet i w tym jest rudyment prawdziwej przyjemności estetycznej). Niesłusznie, gdy się przypomni istotne założenia naturalizmu, chociażby one - historycznie - nie były sformułowane tak jak tutaj. Mechanicznego naturalizmu nigdy nie było. Zawsze był on w imię czegoś, co dozwalało na wybór pewnych tylko faktów, kierując się przy tym niejako mistycyzmem homeopatycznym. Pobić Meduzę jej własnym obrazem! Przeciwstawić bestii bestię! Nazwać bezimienną po imieniu! Ileż w naturalizmie jest chytrości, ironii, zemsty. Cały dyszy walką - sielankowego, biernego nie ma w nim nic.

Lecz to są może tylko jego walory kulturalne - cóż stąd dla sztuki? To, że naturalizm tak pojęty może być podstawą najbardziej żywiołowych wrażeń - ale co się okazało? To, że ludzkość nie była jeszcze dostatecznie do niego przygotowana, bo nie zna własnej rzeczywistości, odwraca od niej oczy i raczej nudzi się nią, niż męczy. Wierzę, że przyjdzie czas, kiedy sztuka ze zdwojonym impetem rzuci się w naturalizm, który się był zaledwie nadpoczął. Z naturalizmu rzeczy nieruchomych zaczął on już przechodzić w naturalizm dusz ludzkich, przystąpił do rozwiązywania zagadnień dramatycznych, gdy wyrugowała go fala symbolizmu. W liryce poprowadził wprost do liryki wizyjnej jako właśnie par excellence naturalistycznej, a przez to do ekspresjonizmu. Bo naturalizm jest jak każdy i z m pojęciem przejściowym i gdy się zadania literatury bierze merytorycznie, a nie po szkolarsku, wszystkie izmy razem się godzą i przedstawiają ciągłość jednego zadania i jednego zagadnienia. Kto śpiewa na pohybel naturalizmowi, właściwie trzepie zapamiętale skórę, w której nikogo nie ma.

Woła się także "huzia!" na tzw. psychologizm w poezji, biorąc sobie pochop z pogłosek o upadku psychologizmu filozoficznego (dwie rzeczy zupełnie różne). Jak gdyby naprawdę tak dużo psychologii było w literaturze, zwłaszcza naszej. I tu zadania są zaledwie nadpoczęte. Opisywanie stanów duchowych biernych lub ciekawostek psychologicznych - jedne i drugie zresztą bywają kombinowane, a nie brane z dzieł naukowych! - dalekie jest jeszcze od wnikania w te punkty zwrotne, gdzie człowiek staje się zagadką dla drugich i dla siebie, zagadką, przez którą żaden ekspresjonizm nie przeskoczy, która leży jak wielki kloc na środku świata. Dla uniknięcia zgody z tymi, co także lubią mówić ogólnikowo o zagadkach duszy, pospieszam dodać, że mam tu na myśli takie np. duszoznawstwo i takie jego zadania, o jakich pisałem w Prolegomenach do charakterologii ("Museion" 1913, sierpień) [2].

Jest perfidią albo bezmyślnością twierdzić, że osiąganie samej tylko wierności, zgodności modelu z opisem, że samo wywoływanie złudy było celem naturalizmu i psychologizmu. Było tylko środkiem, który w poszczególnych dziełach jako fragmentach wielkiego ruchu emancypował się i wysuwał na pierwszy plan. O ile w tych fragmentach bił w jakiś Sposób puls pierwotnych założeń naturalizmu, o tyle żyje w nich także i sztuka. Prawda sama przez się oczywiście nie jest postulatem sztuki, lecz jej materiałem tak samo dobrym jak każdy inny. Prawda i rzeczywistość są faktami takimi samymi jak słońce, szum morza. Można z nich robić także wiersze symboliczne i futurystyczne. Poeci szukają wyrazów emocjonalnych: krew, brzytwa. Futurysta powie np.: "W cicholasie płynie z drzewa krew", lub "Promień słońca przeciął złotą brzytwą jego smutek na dwie części". Prawda jest czymś tak samo emocjonującym jak krew, tylko trzeba więcej wyobraźni, aby ją ujrzeć. Rzeczywistość jest tak samo ostrą jak brzytwa. Rzeczywistość jest systemem ran. Kto szuka na gwałt skrótów ekspresjonistycznych, ten woli brzytwę; kto woli komplikację i jej przypisuje większą siłę emocjonalną, ten woli prawdę, ale nie jako jeden wyraz, lecz jako zajście złożone, jako kompleks.

Swego czasu (w książeczce o Hebblu) podzieliłem poezję na trzy rodzaje: poezję przygotowującą materiał, poezję walczącą i poezję spełniającą, tryumfalną. Naturalizm i psychologizm należy do pierwszej; to, co w nim odchyla się poza tę ramę, jest naleciałością, dodatkiem epoki, który nie powinien nam zamącać istotnego obrazu rozwoju spraw sztuki.

P.p. Zabili naturalizm jak dzieci, teraz już nawet nie troszczą się o to, że zabita zabawka wstała, nie odwołują, nie badają dalej, nie ma nikogo odpowiedzialnego za tę mistyfikację mordu.


1 P.p. Słusznie wytyka się staruszkom, gdy się chełpią: "Za moich czasów...!" Ale gdy młodzi robią to samo z teraźniejszością, to jest jeszcze gorsze.

2 P.p. Hasło "więcej psychologii w poezji" uzasadnia Karol Ludwik Koniński w artykule Poezja agory a poezja wnętrza ("Myśl Narodowa" nr 39, 1930).


Czytaj dalej: *** (Gdy w piersi twej zbudzi się iskra boża)