Sień

Autor:

Sklepiona, wąska, długa sień,
Nawet w lipcowy skwar — zimowa.
Tam mrok panuje w jasny dzień,
A nocą lampka tli naftowa.

Niegdyś ładowne paki w niej
Stały, by ruszyć w świat, do Gdańska,
Patrycjusz zysk obliczał — hej! —
W oczach fortuna rośnie pańska!

 Jakby ci zamajaczyło średniowiecze. Łuki gotyckie u szczytu, tafle kamienne pod stopą, mury pokryte pleśnią zielonkawą, a nad sienią widnieje wyrzezana w kamieniu głowa srogiego murzyna: wspomnienie zamorskich handlów i godło możnego mieszczańskiego rodu, wywodzącego się z „Królowej Adrji, z Wenecjej“.
 Nie kroczy już tędy dostojny pan tego domu, przezacny ławnik albo rajca miejski, nie huczą ciężkie kroki mnogich rubasznych pachołków, ani też nie przewieje, jak wizja, złotowłosa Zofka czy Greta,

córuś umiłowana. Zato przesiaduje w niej zafrasowany „pan dozorca“, spluwając co chwila siarczyście, ile że rozmyśla właśnie o surowym, „od rewirowego gorszym“, przodowniku i o nędznym, złotówki nie wartym, proficie z otwierania zamczystej furty.

Z sieni na lewo widać loch,
Drobne okienko kryje krata:
We łzach tam może czeka — och! —
Wybladły więzień na miecz kata.

Szczękły ci zęby, zsiniał nos,
Uderza siódmy pot do głowy, —
Aż cię orzeźwi miły głos:
„Niech tego śledzia zje pan zdrowy!“

 Sień staromiejskiej kamienicy jest poniekąd jakby klubem uboższych mieszkańców domu. Tu spotykają się właścicielka pralni z posiadaczką magla, które to spotkania kończą się zazwyczaj grubą awanturą; tu woźny z magistratu rozprawia mądrze o polityce z bileterem teatralnym; tu wreszcie w upalne dni letnie zasiada na zydelku majster Walenty, by w ciszy i w chłodku kontynuować przybijanie podeszew.

Błękitne niebo leje żar,
Ogień przenika aż do kości.
Wziął szewc kamaszków kilka par,
Pracuje sobie „w przezpieczności“.

Albo mu tutaj w sieni źle,
Gdy jest pan majster mądrą główką
I wie, jak trzeba chłodzić się:
Doppeltkimelem lub miętówką?

 A wieczorami ciemna, pomimo migocącej lampki, sień staje się rozmównicą służących z całego domu. W przelocie ze sklepiku do kuchni zatrzymują się tutaj Antosie i Józie, Leokadje i Marcjanny, by przedewszystkiem wymienić sobie wzajemnie ciekawe plotki, kursujące w ulicy, a powtóre — i to, o dziwo! jest może mniej ważne — poflirtować co nieco z czeladnikiem ślusarskim, z chłopcem sklepowym, z dozorcą, albo najlepiej z ordynansem od porucznika.

W kącikach sieni szeptu szmer
Na zmiany się z chichotem snuje,
Całkiem jak w świecie „lepszych sfer“, —
Tylko że tu się mniej blaguje.

A choć się czasem trafi zgrzyt,
Nieubarwiony słów finezją, —
O, muzo moja! cyt, ach, cyt! —
Miłość i w sieni jest poezją...

Czytaj dalej: Orlątko - Artur Oppman