Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Już w wieku pięciu lat mała Marynia odnalazła pomiędzy stertami zakurzonych książek swoich wykształconych rodziców stare wydanie księgi Koranu. Z uwagą przeglądała strony, dokładnie analizując arabskie litery. Po latach pasja powróciła. Dziewiętnastoletnia już Maria jako kierunek studiów wybrała arabistykę.
Po pierwszym, niezwykle udanym roku edukacji, zakończonym średnią 5,0 Marysia dostała od rodziców nagrodę. Wspaniałą, trzytygodniową wycieczkę do Arabii Saudyjskiej. Tam dziewczyna miała poznać odpowiedzi na jeszcze nurtujące ją pytania, zasmakować kultury, a co najważniejsze sprawdzić swój szlifowany na codziennych korepetycjach język arabski.
Wszystko układało się zgodnie z założeniami, wymyślonymi w samolocie z nudy, pomiędzy okresami, kiedy wymiotowała. Czterogwiazdkowy hotel, przystojni hotelowi boye i doskonała pogoda, pobudzająca wszystkie szary komórki do sprężenia się przynajmniej na te kilkanaście dni.
Pierwsze wyjście z hotelu było niezwykle ekscytujące. Marynia przemierzała wspaniałe, bogate osiedla, pełne wytwornych sklepów, klubów czy wystaw. Wszystko otaczały rozłożyste palmy, rzucając cienie, pozwalające niekiedy na chwilę oddechu. Pierwszym poważnym sprawdzianem stała się wizyta w aptece. Dziewczyna z roztargnienia zapomniała wziąć ze sobą tamponów co niestety w niedalekiej przyszłości nie układałoby skonsolidowanej kompozycji z jej śnieżnobiałą spódnicą. Starała się niezwykle dokładnie, przy użyciu języka migowego powiedzieć na jakim gruncie osadzony jest jej problem, jednak powoli czuła, iż to przekracza jej niemałe, jak dotąd sądziła, możliwości. Farmaceutka znosiła na ladę coraz ciekawsze rzeczy. Arabską odmianę polskich marsjanków, rosyjskie pampersy czy tadżyckie smoczki z dołączoną gratis kaszką podlaskiej firmy Mlekovita. Marynia już miała skapitulować. W jej wyobraźni krążyły przerażające wizje o tym jak zalewa się krwią przy wszystkich. To byłoby straszne – taka myśl przepływała zgodnie przez wszystkie korytarze jej mózgu. Ale nagle obok Maryni pojawił się jakiś mężczyzna, który przedstawił się jako Hassan Muhemed Al – Dossary.
- Hi girl. I speak english, zulu, bangladeshian, srilankan and kashubian. What are you buying now?
- Oh hi, my name’s Marynia Felicjańska-Świętojańska. I come from Poland.
- Oh cusz za sudowna sprejwa. I was in Polska tu jers egoł.
- Fantastic! Ahmed ja chciałabym dokonać zakupu tamponów, czy mógłbyś..?
- Oh no problem.

Hassan stanął na wysokości zadania. Nie dość, że pomógł Maryni w tak delikatnej sprawie, to zaoferował swoje usługi na przyszłość. Jak się później okazało był miejscowym, niezwykle cenionym przewodnikiem.
Zaczęli się spotykać. Chodzili na długie poranne i wieczorne spacery, podczas których nie lękali się poruszać tematów trudnych, często uważanych za marginalne w tym pojebanym – jak mawiał Hassan – świecie. Rozmawiali w różnych językach. Najczęściej łamanym arabskim z domieszką angielskiego i kaszubskiego (tutaj chcąc oszczędzić kłopotów zamieszczam rozmowę w luźnym tłumaczeniu na polski).
- Hassan?
- Tak Maryniu?
- Czy moja twarz nie przypomina ci kogoś znanego, niezwykłego?
- Hmm... Podpuszczasz mnie. Przecież każdy człowiek na swój sposób jest...
- Dobrze wiesz, iż nie o to mi chodzi.
- Tak więc – Hassan skoncentrował swój wzrok na przetłuszczonej twarzy Maryni – Wiem! Sara Connor!
- Aj wszyscy faceci są tacy sami, nawet tu w Arabii... No przecież Mona Liza!
- Faktycznie! Jak ulał, ale ty nie masz trójki po lewej stronie...
- Cśś. Szczegóły zostaw ekspertom, sam niedawno powiedziałeś, że to co najważniejsze człowiek ma w środku.

Dni mijały nieubłaganie. Marynia i Ahmed zwiedzili wszystkie lokalne muzea, wystawy i niekończące się plaże. Góra lodowa tkwiąca pomiędzy nimi niemal stopniała, teraz każda melodia ich rozmowy pobrzmiewała bez zbędnych nut tajemniczości.
- Ahmed? – rzekła Marynia, grzebiąc w swojej torebce.
- Tak?
- Może poszlibyśmy do meczetu? – zaczęła pudrować lśniący nosek.
- Ale ja... Ja jestem katolikiem.
- Co? A to w jaki sposób?
- Bo widzisz... Będąc kilkunastoletnim chłopcem musiałem już zacząć dbać o siebie, dlatego nie mogłem pozwolić sobie na dokładne pielęgnowanie wartości religijnych... Przeszedłem więc na katolicyzm, tak było wygodniej, a poza tym goscił niegdyś u nas taki ksiądz, Włoch chyba i jak się napił powiedział, że urwie mi jaja, byłem wtedy mały, bałem się...
- Aha, rozumiem cię.
- Mam nadzieję, że nie jest ci przykro?
- Nie, skąd, ale ja będąc jeszcze w liceum, pod wpływem fascynacji, przeszłam na islam.
- Nie rozmawiajmy o tym – Hassan odebrał z dłoni Maryni pudełeczko pudru i przytulił kobietę do piersi.
- Jestem taka szczęśliwa Hassanie, mów do mnie Leilo...
Hassan zakrztusił się drinkiem, ale po chwili doszedł do siebie.
- Jasne, jak sobie życzysz Leilo – rzucił mimowolnie uśmiech, który jednak niechcący zawadził o obszar, kontrolowany wzrokiem nieznanego mężczyzny spod baru. Tajemniczy jegomość natychmiast zaczął coś kreślić na małej karteczce, po czym wstał i rzucił wiadomość na stolik Hassana.
- Przystojny co? – westchnęła Marynia.
- A jak! – odpowiedział Hassan i oboje wybuchli śmiechem. Arab spojrzał na Polkę, niczym katolik na muzułmankę i zagłębił się we własne myśli. Dryfował pomiędzy startami zbędnej makulatury przeszłości, że dopiero teraz dane im było się spotkać, dotknąć czy pomedytować nad brzegiem hotelowego basenu.
- Pokażę ci fajne miejsce, chcesz? – Hassan wprowadził na plac konwersacji nowy wątek.
- A co to ma być? – Marynia nie zrozumiała intencji, potwierdzając poniekąd opinię, iż jest mniej więcej tak samo inteligentna jak plastikowa lalunia z opakowania jej ulubionej margaryny ‘’Marynia’’.
- Niespodzianka.
- Pojedziemy gdzieś?
- Tak. Pakuj się.
W jednej chwili piękne, pomalowane w beżowym odcieniu powieki Maryni okryła czarna chusta. W takim stanie weszła do samochodu i komfortowo wtopiła swoje cielsko w siedzenie (polski akcent – pokrowiec na siedzenia pochodził z grodziskiej fabryki Groclin).
- Kotku gdzie mnie wieziesz?
- Cśśś, bo niespodzianki nie będzie.
- Powiedz!
- Nie histeryzuj!
- Poczekam jeszcze trochę, ale zaraz...
- O już jesteśmy, siedź spokojnie.
Hassan wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi z drugiej strony, wyciągając Marynię za delikatną rączkę. Szli kilka minut w grobowej ciszy. W pewnej chwili opaska została zerwana.
- A teraz zacznij kopać swój grób – rzucił ni stąd ni zowąd Hassan.
- A... Ale... – Leilę wcięło w margines tej skrajnej sytuacji.
- Kop kurwa! Ile razy mam jeszcze mówić! Masz tutaj łopatę.
Kolejne szufle ziemi spadały za plecy dziewczyny. Tymczasem Hassan spokojnie ćmił papierosa.
- Skończyłam – zakomunikowała Marynia.
- Właź do środka.
- A co mi zrobisz?
- No właź! – Hassan wyjął pistolet. Marynia drżącym krokiem przemieściła się do bunkra. Zastygła w bezruchu. Hassan roześmiał się wesoło.
- Happy birthday kochanie! Przecież dzisiaj są twoje urodziny! - krzyknął i wyzrucił daleko gnata, który był jedynie plastikową atrapą.
- Ty chu... – miała już krzyknąć Marynia jednak Hassan podbiegł do niej i przy pomocy pocałunku, dokonał rzeczy niemal niemożliwej – zamknął usta kobiecie.
Dalej wszystko potoczyło się już stereotypowo. Ble, ble, ble, miłostki i takie sprawy. Trwało to do ostatniego dnia pobytu Maryni w Arabii Saudyjskiej. Po południu zakochani wybrali się na spacer po dziewiczych obłokach swojej wyobraźni. Siedząc w hotelowym pokoju i wdychając tani towar, zakupiony od równie tanio wyglądającego rzezimieszka, roztaczali fascynujące wizje. W pewnym momencie z kształtnej piersi Leili wyrwał się dźwięk, z perspektywy Hassana tak realny jak ustanowienie 3% vatu w Polsce na usługi internetowe.
- Hassaniku, pojechałbyś może ze mną?
- Kochanie, chętnie rzuciłbym to wszystko w cholerę, specjalnie dla ciebie, lecz twój lot jest zaplanowany na dzisiejszy wieczór, nie stać mnie na bilet.
- Nie bój się, kupiłam już – Marynia uwydatniła szeroki uśmiech, jednocześnie poruszając swoją dźwiękoszczelną na wszelkiego rodzaju odmowy parę uszu.
- Zaskakujesz mnie...
- To wszystko z miłości. Więc jak będzie?
- Tak, no pewnie – Hassan otarł dłonią pot z szyi jak gdyby chciał odpędzić widmo noża na gardle – Idę się pakować. Spotykamy się wieczorem na lotnisku.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.

Noc zalała miasto. W powietrzu unosił się jej przenikliwy aromat, niesiony niesłabnącym wrzątkiem ludzkich rozmów. Hassan dobył z kieszeni szklane oko swojego dziadka – pamiątkę, którą przodek pozostawił mu na łożu śmierci. Chuchnął nań. Później uniósł ręce do góry jakby chciał pozdrowić Hassana Mohameda seniora. Teraz albo nigdy – rzekł.

W schludnym samolocie wszystko było nieprzyzwoicie najlepsze i cnotliwe. Hassana dopadła biała gorączka, skutek uboczny strachu przed lataniem. Lada moment nadejdzie biegunka – stwierdził, kiedy samolot oderwał koła od płyty lotniska. Jednak Marynia wcisnęła mu w gardło garść tabletek węgla i kazała zapić kwasem chlebowym. Mężczyzna jakoś dotrwał do końca podróży.
Perspektywa wspólnego mieszkania pod jednym dachem z arabem nieco zaskoczyła rodziców Maryni, jednak starali się tego zbytnio nie okazywać. Chociaż na wszelki wypadek swojego przyszłego zięcia położyli w pokoju, dostępu do którego broniły drzwi, umocnione dodatkowo na wypadek wybuchu bomby.
Wszystko układało się świetnie. Marynia przynosiła z uczelni same oceny bardzo dobre, profesorowie chwalili jej niezwykły talent i zapał, a jeden nawet przedwcześnie wyznaczył dziewczynie tematy mające na celu przyswojenie staroarabskiego.
Pewnego dnia młodzi spacerując parkową aleją, w rytm jesiennego słońca zbliżyli się do siebie na dotychczas nieprzewidzianą odległość, a spowodowane było to tym, że Hassan oświadczył się Leili. Czyżby historia powróciła po tylu latach i zakończyła się szczęśliwie? – teraz te myśli spędzały sen z powiek lokalnym plotkarom. Marynia powiedziała tak, lecz w środku nie do końca wierzyła swojemu narzeczonemu. Pamiętała, pomimo zdenerwowania, które wtedy czuła kopanie grobu, gdzieś na arabskim odludziu czy przemilczane we wcześniejszej części tekstu wywody Hassana na temat śmierci. Zła strona jej duszy tłumaczyła to tym, iż chłopak ukończył filozofię, studiując równolegle geografię.

Nadszedł dzień ślubu. W wąskim przejściu urzędu stanu cywilnego stał człowiek na człowieku. W końcu jakaś łaskawa pani wyszła z pokoju i zaprosiła wszystkich do środka.
- Moich rodziców nie będzie – rzuciła Marynia na wejściu.
- Jak to?
- Nie mogli. Po prostu.
- Tak bez nich.
- Bez obaw, to tylko ślub cywilny.
Urzędniczka pomału rozpoczynała tradycyjny rytuał, kiedy nagle Hassan rozerwał swoją jasnoniebieską koszulę, ukazując owłosiony tors. Na całym popiersiu miał naklejone ładunki. Wszyscy zrobili wielkie oczy i już mieli uciekać, jednak młody Saudyjczyk zdobył się na przemówienie.
- Ładunek jest zbyt mocny. Nie uciekniecie przed śmiercią choćbyście bardzo chcieli.
Zapanowała zręczna chwila ciszy. Nagle Hassan uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ha, ha! Ale was nabrałem! Leilusio ty był żart! Pamietasz to kopanie grobu?
- Tak, tak, ale patrz co narobiłeś – Marynia wskazała palcem w kierunku osuniętej na podłogę starszej urzędniczki, którą próbował docucić pomagier urzędowego elektryka. W trybie natychmiastowym należało znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Po pół godzinie w gmachu zjawił się mężczyzna, upoważniony do przeprowadzania tego rodzaju uroczystości.
- Hassanie, bądź poważny. Tym razem bądź – rzucił na wejściu urzędnik, sądząc po wyglądzie – równolatek poprzedniczki.
- Oczywiście.
Jednak nim zdążył rozpocząć całą ceremonię, Marynia zerwała górę swojej sukienki, odsłaniając tułów pokryty materiałami wybuchowymi.
- Całe życie na to czekałam – rozpoczęła – więc w gwoli wyjaśnienia, jeżeli już macie zginąć. Wszystko zaczęło się w wieku dziesięciu lat, już wtedy wymyśliłam ten atak, ale czekałam i czekałam na odpowiedni moment... Chciałam wyjebać w kosmos jakiś kościół, równocześnie zachowując równowagę ducha przed pójściem do nieba. Okazało się to niewykonalne...
Chwilę później mieszkańcy miasta poczuli eksplozję. Wszystkie gołębie zerwały się z okolicznych domów, upuszczając kilka kup na żarzące się jeszcze pobojowisko.

Opublikowano

Witam!!!
Ten odcinek jest lepszy od poprzedniego. Nikt się nie mógł spodziewać, że terrorystką okaże się kobieta i to w dodatku jeszcze z kraju nadwiślańskiego. Sprytnie odwróciłeś uwagę czytelnika poprzez scenę z kopaniem grobu, by później przywalić na finisz.
Z interpunkcją radzisz sobie coraz lepiej. Przed "co" zgubiłeś przecinek.
Ogólnie to tekst jest wciągający.
Tak trzymaj!!!

Opublikowano

No tak, wiemy, że nas zaskoczysz, ale nie wiadomo jak, kiedy i gdzie... Kluczysz, lawirujesz, wyprowadzasz w pole, aby w końcu "przywalić w łeb" w najmniej spodziewanym momencie :-))))). Przednia zabawa! :-)). Z tekstu na tekst coraz fajniej, jakieś nowe sformułowania się pojawiają. Rozwijasz się w tempie ponaddźwiękowym :-)

Opublikowano

Jay Jay wprowadziłeś do opowiadania niesamowitą atmosferę; ciekawość dodatkowo pogłębiłeś dzięki zastosowaniu zwrotów akcji . pozatym, standardowo w Twoim wykonaniu nieoczekiwane zakończenie, wszystko na +

pozdrawiam serdecznie Espena Sway :)

Opublikowano

nie jestem znawcą pisania prozy - uwielbiam ją czytać, dlatego na tym forum spędzam bardzo wiele czasu :-) i zawsze podobało mi się Jay twoje pisanie. zaskakiwałeś mnie - tak jak wszystkich. jednakże tym razem nie przypadło to w moje gusta. ja tam od razu się domyśliłam, że ona ich wysadzi ;-) ale sama akcja jest przekombinowana. kurczę, jak czytam niektóre twoje opowiadania to mi ciarki przechodzą. teraz nie przeszły. moim subiektywnym zdaniem (a czy zdanie może być obiektywne? ;p) niższy niż zawsze Kapuściński, ale ze swoim Jayowskim akcentem ;-)

pozdrawiam
kalina

Opublikowano

Jak zwykle u Ciebie dobry pomysł, zabawny tekst, zaskakujący finał, ale tym razem przefajnowałeś. Trochę pokrętna stylistyka jest do przyjęcia, popełniłeś jednakowoż jeden kardynalny błąd: piszesz o wizycie Marysi (może już Miriam) w barze, wspominasz też o plaży naturystów. I gdzie to wszystko lokalizujesz? W Arabii Saudyjskiej - najbardziej muzułmańskim wśród muzułmańskich państw, gdzie system prawny oparty jest na szariacie.
No, gdybyś to przeniósł do Egiptu, czy Tunezji, to jeszcze, choć nie sądzę, by i tam były plaze dla golasów.

Opublikowano

Na początek literówka "wszystkie szary komórki" I imę chłopaka raz Hassan, co by wynikało ze sposoby przedstawienia się, ale skąd Ahmed? IMO przekombinowane trochę, wyrzuciłbym zbędne rekwizyty, np towar przed wylotem. Rozumiem pisane w pewnej konwencji, ale jest troche nadmiaru w tym wszystkich. I dygresje narratora te o tym tłumaczeniu i fotelach z Groclinu, też nic nie wnoszą, na pewno ta pierwsza, to się rozumie samo przez się, choć sam dialog napisany w stylu kaszubsko-angielsko-arabskim byłby świetny, tą drugą zamieniłbym na jakąś dygresję w stylu fotele z oryginalną groclińską tapicerką.
I tak na zakończenie zakręcone, Arab katolik, Polka muzułmanka-terrorystka. Masz pomysły:-)
Pozdrawiam
W

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • śnieg przestanie odbijać światło a źrenica pochłaniać   na granicy pęknięcia zaczną rosnąć nieśmiałe rośliny później pojawią się opiłki srebra
    • Iwo, gamety myte magowi   Aga maca ryby, raca maga
    • Moja Tania, Kaina Tajom!
    • @Berenika97

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Popatrzył w okół siebie. Cztery ściany pokoju, zadymionego pomieszczenia z pożółkłymi firanami, za kurtyną zasłon, ciężkich, nietransparentych, zasuniętych przez cały czas by oddzielić go od dnia ze swoimi promieniami słońca, by nie okazywać mu nocnego nieba pełnego gwiazd, z tym całym ziemskim satelitą, który znów kojarzy się ze słońcem. Słońcem na które nie zasługiwał, ze swoją życiodajną mocą, z umiejętnością nadawania barw, koloru światu, który winien być szarym i zadymionym miejscem. Miejscem jak ten pokój. Poszarzałe ściany, dym pod sufitem, przez który ledwo przebijało się światło żarówki zawieszonej bez żadnego żyrandola, bez jakiegokolwiek abażura, dekoracja zbędna jako wyraz pożądania, chęci nadania piękna. Piękna, którego nie cierpiał bo nie rozumiał czemu miałby nadawać estetyki tam gdzie nie zasługuje się na przedmioty warte podziwiania. Zawiesił się wzrokiem w pustce, gdzieś za ścianą było coś co powinien dostrzec a czego nie dane mu było zobaczyć. Gdyby się zamyślił w tym momencie to pewnie odkopał by jakieś swoje wady ukrywane jak w labiryncie w skrzyniach, których klucze powyrzucał. Ale to było tępe spojrzenie. Mówią, że jak nie możesz oderwać tak wzroku to wpatrujesz się w zagubioną duszę. Ducha osoby, która nie dotarła do zaświatów i włóczy się po ziemi głodna bo nie może się nakarmić, zziębnięta bo nie może się ogrzać. Daleko mu było do rozmyślania w tym momencie. Bezmyślnie więc sięgnął do leżącej na stole przy którym siedział paczki tanich papierosów. Pomietę opakowanie z ostatnim już szlugiem, po wyciągnięciu go poleciało w róg pokoju gdzie stał śmietnik. Nietrafiony rzut, którym się nie przejął, na ziemi i tak stały i leżały puste butelki, zaschnięte talerze, klejące się szklanki i wiele zapisanych niechlujnym pismem a pogniecionych kartek i kurz, kłęby kurzu tu i gdzieniegdzie.  Rozejrzał się za zapalniczką. Na stole jej nie było. na szafce pod ścianą nie leżała. Więc automatycznie sięgnął do kieszeni marynarki zawieszonej na krześle na którym przesiadywał. Nie ma tam zapalniczki stwierdza i rezygnuje z poszukiwań wiedząc że w zabałqanionych szufladach komody znajdzie paczkę zapałek.  Wstał ociężale i musi się przytrzymać krzesła bo nim kiwnęło. Komoda i jej szuflady skrywają kolejny bałagan, powciskane ubrania, dokumenty ułożone bez ładu i składu, listy nigdy nie otwarte z urzędowymi pieczątkami, i zeszyty zapisane niechlujnym pismem. Gdzieś tam są zapałki trzeba się przekopać co trwa chwilę i jest irytujące dla głodnego dymu tytoniowego palacza. Potrwało to chwilę ale wśród burdelu upchanego w otchłaniach mebla znajduje pudełko z zapałkami. Potrzasnietę zdradza, że niewiele w nim zapałek a paski do odpalania po bokach sugerują już zużycie ponad miarę. Kłopot polega na tym, że trzęsące ręce mają trudność w utrzymaniu płomienia. Ale udaje się za pierwszym razem. Wraca na swoje krzesło i strzepuje popiół po pierwszym, przeciągniętym z zachłannością machu do popielniczki. I wtedy zauważa coś. Coś co przestaje mu od tej chwili pasować. Obrus na stole. To zbędna ozdoba.  Choć nikt tego obrusu nie nazwałaby ozdobą. Pożółkły, pełen plam, dziur przypalonych papierosami i rozszarpanych pociętym szkłem czy to ze zbitych kieliszków czy z roztrzaskanych butelek po tanich wysokpolrocentowtch alkoholach.  Ten obrus był niegdyś biały. Jeszcze w czasach gdy ściany miały ciepły kolor gdy zasłony porozsuwane wpuszczały światło dnia do mieszkania i pozwalały by podziwiać czy choćby dostrzegać świat na zewnątrz.  Przypomniał sobie jak ten obrus pierwszy raz zasilił ten stół. Wtedy, z nią razem rozciągnęli go by spożyć wspólnie posiłek.  Z nią. Wtedy. Ona. Kim była i dlaczego tak się zmieniło jego życie jak ten obrus. Z bieli do kawałka zabrudzonej szmaty, pełnej dziur.  Nie ma nadziei są papierosy, alkohol i wstręt do siebie. Za to jak potraktował obrus.  Wściekł się i szybkim ruchem zrywa go ze stołu ciskając za siebie w miejsce gdzie nie będzie mu przypominał swoim widokiem do czego doprowadził swoje życie.  Wypalił papierosa i schylił się po zrzuconą w napadzie furii wraz z obrusem popielniczce by ugasić kiepa. Nie przejął się rozsypanymi niedopałkami i popiołem na ziemi. Postawił na nagim stole szklane naczynie i wcisnął w nie zgniatając filtr. Papieros zgasł i przyszła refleksja. Znów musiał wstać i znów ociężałe wstał, chwiejnie ale ustał i podniósł obrus.  Niech leży,  niech mu przypomina jaki jest wstrętny.  Po chwili wyrwał kartkę z zeszytu i ołówkiem skreślił na niej pare słów niechlujnym pismem.  Wszystko chuj pomyślał i zgniata zapisany kawałek papieru by rzucić nim w stronę kosza oczywiście nie trafia ale ta kolejna kartka nie zmienia wnętrza zabrudzonego, pełnego śmieci.  Trzeba będzie iść po papierosy, trzeba będzie kupić butelkę wódki lub whiskey z najniższej półki albo na promocji.  Wyjść i przejść to wyprawa wśród ludzi. Ludzi, którzy go mijają bez wiedzy o pogardzie jaka mu się należy. Sprzedawca w sklepie pozdrawia go słowem jak dobry wieczór co go mierzi. Bo to nie dobry wieczór gdy jest się nim.  ‘Co za mruk' - myśli sprzedawca za ladą gdy jego pozdrowienie pozostaje bez odpowiedzi.  Tą litrową pokazuje palcem na butelkę wódki i wymienia nazwę swoich tanich mocnych papierosów bez słowa proszę prosi o dwie paczki.  Okno nieotwarte nie wpuszcza świeżości powietrza co sprawia że w pomieszczeniu panuje bezruch z dymem zawieszonym niczym gęsta deszczowa szara chmura pod sufitem. Kieliszek nie pamięta by był myty od niepamiętnych czasów ale nie przeszkadza to by wlać w niego trunek, szybko łyknąć bez grymasu i uzupełnić po raz drugi by jak.najszybciej i jak najmocniej uderzył w myśli.  Bierze zeszyt i wyrywa z niego kartkę.  Zakładając mu przez ramię można przeczytać co pisze  Myśli nieczyste Brudny kieliszek Dym z papierosów wypełnia ciszę  Macha głową i zgniata zapisany papier by cisnąć nim za siebie.  Dwa kolejne kieliszki i papieros.  Wyrwana kartka i ołówek zapisuje: Pod kolorami skrywa się szarość  Stworzona z czerni i bieli  Wypływa na powierzchnię Kartka ląduje zgnieciona na podłodze  Dni mijają ale on nie mija gdy już sam się pominął. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...