Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

*

Już w wieku pięciu lat mała Marynia odnalazła pomiędzy stertami zakurzonych książek swoich wykształconych rodziców stare wydanie księgi Koranu. Z uwagą przeglądała strony, dokładnie analizując arabskie litery. Po latach pasja powróciła. Dziewiętnastoletnia już Maria jako kierunek studiów wybrała arabistykę.
Po pierwszym, niezwykle udanym roku edukacji, zakończonym średnią 5,0 Marysia dostała od rodziców nagrodę. Wspaniałą, trzytygodniową wycieczkę do Arabii Saudyjskiej. Tam dziewczyna miała poznać odpowiedzi na jeszcze nurtujące ją pytania, zasmakować kultury, a co najważniejsze sprawdzić swój szlifowany na codziennych korepetycjach język arabski.
Wszystko układało się zgodnie z założeniami, wymyślonymi w samolocie z nudy, pomiędzy okresami, kiedy wymiotowała. Czterogwiazdkowy hotel, przystojni hotelowi boye i doskonała pogoda, pobudzająca wszystkie szary komórki do sprężenia się przynajmniej na te kilkanaście dni.
Pierwsze wyjście z hotelu było niezwykle ekscytujące. Marynia przemierzała wspaniałe, bogate osiedla, pełne wytwornych sklepów, klubów czy wystaw. Wszystko otaczały rozłożyste palmy, rzucając cienie, pozwalające niekiedy na chwilę oddechu. Pierwszym poważnym sprawdzianem stała się wizyta w aptece. Dziewczyna z roztargnienia zapomniała wziąć ze sobą tamponów co niestety w niedalekiej przyszłości nie układałoby skonsolidowanej kompozycji z jej śnieżnobiałą spódnicą. Starała się niezwykle dokładnie, przy użyciu języka migowego powiedzieć na jakim gruncie osadzony jest jej problem, jednak powoli czuła, iż to przekracza jej niemałe, jak dotąd sądziła, możliwości. Farmaceutka znosiła na ladę coraz ciekawsze rzeczy. Arabską odmianę polskich marsjanków, rosyjskie pampersy czy tadżyckie smoczki z dołączoną gratis kaszką podlaskiej firmy Mlekovita. Marynia już miała skapitulować. W jej wyobraźni krążyły przerażające wizje o tym jak zalewa się krwią przy wszystkich. To byłoby straszne – taka myśl przepływała zgodnie przez wszystkie korytarze jej mózgu. Ale nagle obok Maryni pojawił się jakiś mężczyzna, który przedstawił się jako Hassan Muhemed Al – Dossary.
- Hi girl. I speak english, zulu, bangladeshian, srilankan and kashubian. What are you buying now?
- Oh hi, my name’s Marynia Felicjańska-Świętojańska. I come from Poland.
- Oh cusz za sudowna sprejwa. I was in Polska tu jers egoł.
- Fantastic! Ahmed ja chciałabym dokonać zakupu tamponów, czy mógłbyś..?
- Oh no problem.

Hassan stanął na wysokości zadania. Nie dość, że pomógł Maryni w tak delikatnej sprawie, to zaoferował swoje usługi na przyszłość. Jak się później okazało był miejscowym, niezwykle cenionym przewodnikiem.
Zaczęli się spotykać. Chodzili na długie poranne i wieczorne spacery, podczas których nie lękali się poruszać tematów trudnych, często uważanych za marginalne w tym pojebanym – jak mawiał Hassan – świecie. Rozmawiali w różnych językach. Najczęściej łamanym arabskim z domieszką angielskiego i kaszubskiego (tutaj chcąc oszczędzić kłopotów zamieszczam rozmowę w luźnym tłumaczeniu na polski).
- Hassan?
- Tak Maryniu?
- Czy moja twarz nie przypomina ci kogoś znanego, niezwykłego?
- Hmm... Podpuszczasz mnie. Przecież każdy człowiek na swój sposób jest...
- Dobrze wiesz, iż nie o to mi chodzi.
- Tak więc – Hassan skoncentrował swój wzrok na przetłuszczonej twarzy Maryni – Wiem! Sara Connor!
- Aj wszyscy faceci są tacy sami, nawet tu w Arabii... No przecież Mona Liza!
- Faktycznie! Jak ulał, ale ty nie masz trójki po lewej stronie...
- Cśś. Szczegóły zostaw ekspertom, sam niedawno powiedziałeś, że to co najważniejsze człowiek ma w środku.

Dni mijały nieubłaganie. Marynia i Ahmed zwiedzili wszystkie lokalne muzea, wystawy i niekończące się plaże. Góra lodowa tkwiąca pomiędzy nimi niemal stopniała, teraz każda melodia ich rozmowy pobrzmiewała bez zbędnych nut tajemniczości.
- Ahmed? – rzekła Marynia, grzebiąc w swojej torebce.
- Tak?
- Może poszlibyśmy do meczetu? – zaczęła pudrować lśniący nosek.
- Ale ja... Ja jestem katolikiem.
- Co? A to w jaki sposób?
- Bo widzisz... Będąc kilkunastoletnim chłopcem musiałem już zacząć dbać o siebie, dlatego nie mogłem pozwolić sobie na dokładne pielęgnowanie wartości religijnych... Przeszedłem więc na katolicyzm, tak było wygodniej, a poza tym goscił niegdyś u nas taki ksiądz, Włoch chyba i jak się napił powiedział, że urwie mi jaja, byłem wtedy mały, bałem się...
- Aha, rozumiem cię.
- Mam nadzieję, że nie jest ci przykro?
- Nie, skąd, ale ja będąc jeszcze w liceum, pod wpływem fascynacji, przeszłam na islam.
- Nie rozmawiajmy o tym – Hassan odebrał z dłoni Maryni pudełeczko pudru i przytulił kobietę do piersi.
- Jestem taka szczęśliwa Hassanie, mów do mnie Leilo...
Hassan zakrztusił się drinkiem, ale po chwili doszedł do siebie.
- Jasne, jak sobie życzysz Leilo – rzucił mimowolnie uśmiech, który jednak niechcący zawadził o obszar, kontrolowany wzrokiem nieznanego mężczyzny spod baru. Tajemniczy jegomość natychmiast zaczął coś kreślić na małej karteczce, po czym wstał i rzucił wiadomość na stolik Hassana.
- Przystojny co? – westchnęła Marynia.
- A jak! – odpowiedział Hassan i oboje wybuchli śmiechem. Arab spojrzał na Polkę, niczym katolik na muzułmankę i zagłębił się we własne myśli. Dryfował pomiędzy startami zbędnej makulatury przeszłości, że dopiero teraz dane im było się spotkać, dotknąć czy pomedytować nad brzegiem hotelowego basenu.
- Pokażę ci fajne miejsce, chcesz? – Hassan wprowadził na plac konwersacji nowy wątek.
- A co to ma być? – Marynia nie zrozumiała intencji, potwierdzając poniekąd opinię, iż jest mniej więcej tak samo inteligentna jak plastikowa lalunia z opakowania jej ulubionej margaryny ‘’Marynia’’.
- Niespodzianka.
- Pojedziemy gdzieś?
- Tak. Pakuj się.
W jednej chwili piękne, pomalowane w beżowym odcieniu powieki Maryni okryła czarna chusta. W takim stanie weszła do samochodu i komfortowo wtopiła swoje cielsko w siedzenie (polski akcent – pokrowiec na siedzenia pochodził z grodziskiej fabryki Groclin).
- Kotku gdzie mnie wieziesz?
- Cśśś, bo niespodzianki nie będzie.
- Powiedz!
- Nie histeryzuj!
- Poczekam jeszcze trochę, ale zaraz...
- O już jesteśmy, siedź spokojnie.
Hassan wysiadł z samochodu i podszedł do drzwi z drugiej strony, wyciągając Marynię za delikatną rączkę. Szli kilka minut w grobowej ciszy. W pewnej chwili opaska została zerwana.
- A teraz zacznij kopać swój grób – rzucił ni stąd ni zowąd Hassan.
- A... Ale... – Leilę wcięło w margines tej skrajnej sytuacji.
- Kop kurwa! Ile razy mam jeszcze mówić! Masz tutaj łopatę.
Kolejne szufle ziemi spadały za plecy dziewczyny. Tymczasem Hassan spokojnie ćmił papierosa.
- Skończyłam – zakomunikowała Marynia.
- Właź do środka.
- A co mi zrobisz?
- No właź! – Hassan wyjął pistolet. Marynia drżącym krokiem przemieściła się do bunkra. Zastygła w bezruchu. Hassan roześmiał się wesoło.
- Happy birthday kochanie! Przecież dzisiaj są twoje urodziny! - krzyknął i wyzrucił daleko gnata, który był jedynie plastikową atrapą.
- Ty chu... – miała już krzyknąć Marynia jednak Hassan podbiegł do niej i przy pomocy pocałunku, dokonał rzeczy niemal niemożliwej – zamknął usta kobiecie.
Dalej wszystko potoczyło się już stereotypowo. Ble, ble, ble, miłostki i takie sprawy. Trwało to do ostatniego dnia pobytu Maryni w Arabii Saudyjskiej. Po południu zakochani wybrali się na spacer po dziewiczych obłokach swojej wyobraźni. Siedząc w hotelowym pokoju i wdychając tani towar, zakupiony od równie tanio wyglądającego rzezimieszka, roztaczali fascynujące wizje. W pewnym momencie z kształtnej piersi Leili wyrwał się dźwięk, z perspektywy Hassana tak realny jak ustanowienie 3% vatu w Polsce na usługi internetowe.
- Hassaniku, pojechałbyś może ze mną?
- Kochanie, chętnie rzuciłbym to wszystko w cholerę, specjalnie dla ciebie, lecz twój lot jest zaplanowany na dzisiejszy wieczór, nie stać mnie na bilet.
- Nie bój się, kupiłam już – Marynia uwydatniła szeroki uśmiech, jednocześnie poruszając swoją dźwiękoszczelną na wszelkiego rodzaju odmowy parę uszu.
- Zaskakujesz mnie...
- To wszystko z miłości. Więc jak będzie?
- Tak, no pewnie – Hassan otarł dłonią pot z szyi jak gdyby chciał odpędzić widmo noża na gardle – Idę się pakować. Spotykamy się wieczorem na lotnisku.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.

Noc zalała miasto. W powietrzu unosił się jej przenikliwy aromat, niesiony niesłabnącym wrzątkiem ludzkich rozmów. Hassan dobył z kieszeni szklane oko swojego dziadka – pamiątkę, którą przodek pozostawił mu na łożu śmierci. Chuchnął nań. Później uniósł ręce do góry jakby chciał pozdrowić Hassana Mohameda seniora. Teraz albo nigdy – rzekł.

W schludnym samolocie wszystko było nieprzyzwoicie najlepsze i cnotliwe. Hassana dopadła biała gorączka, skutek uboczny strachu przed lataniem. Lada moment nadejdzie biegunka – stwierdził, kiedy samolot oderwał koła od płyty lotniska. Jednak Marynia wcisnęła mu w gardło garść tabletek węgla i kazała zapić kwasem chlebowym. Mężczyzna jakoś dotrwał do końca podróży.
Perspektywa wspólnego mieszkania pod jednym dachem z arabem nieco zaskoczyła rodziców Maryni, jednak starali się tego zbytnio nie okazywać. Chociaż na wszelki wypadek swojego przyszłego zięcia położyli w pokoju, dostępu do którego broniły drzwi, umocnione dodatkowo na wypadek wybuchu bomby.
Wszystko układało się świetnie. Marynia przynosiła z uczelni same oceny bardzo dobre, profesorowie chwalili jej niezwykły talent i zapał, a jeden nawet przedwcześnie wyznaczył dziewczynie tematy mające na celu przyswojenie staroarabskiego.
Pewnego dnia młodzi spacerując parkową aleją, w rytm jesiennego słońca zbliżyli się do siebie na dotychczas nieprzewidzianą odległość, a spowodowane było to tym, że Hassan oświadczył się Leili. Czyżby historia powróciła po tylu latach i zakończyła się szczęśliwie? – teraz te myśli spędzały sen z powiek lokalnym plotkarom. Marynia powiedziała tak, lecz w środku nie do końca wierzyła swojemu narzeczonemu. Pamiętała, pomimo zdenerwowania, które wtedy czuła kopanie grobu, gdzieś na arabskim odludziu czy przemilczane we wcześniejszej części tekstu wywody Hassana na temat śmierci. Zła strona jej duszy tłumaczyła to tym, iż chłopak ukończył filozofię, studiując równolegle geografię.

Nadszedł dzień ślubu. W wąskim przejściu urzędu stanu cywilnego stał człowiek na człowieku. W końcu jakaś łaskawa pani wyszła z pokoju i zaprosiła wszystkich do środka.
- Moich rodziców nie będzie – rzuciła Marynia na wejściu.
- Jak to?
- Nie mogli. Po prostu.
- Tak bez nich.
- Bez obaw, to tylko ślub cywilny.
Urzędniczka pomału rozpoczynała tradycyjny rytuał, kiedy nagle Hassan rozerwał swoją jasnoniebieską koszulę, ukazując owłosiony tors. Na całym popiersiu miał naklejone ładunki. Wszyscy zrobili wielkie oczy i już mieli uciekać, jednak młody Saudyjczyk zdobył się na przemówienie.
- Ładunek jest zbyt mocny. Nie uciekniecie przed śmiercią choćbyście bardzo chcieli.
Zapanowała zręczna chwila ciszy. Nagle Hassan uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Ha, ha! Ale was nabrałem! Leilusio ty był żart! Pamietasz to kopanie grobu?
- Tak, tak, ale patrz co narobiłeś – Marynia wskazała palcem w kierunku osuniętej na podłogę starszej urzędniczki, którą próbował docucić pomagier urzędowego elektryka. W trybie natychmiastowym należało znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Po pół godzinie w gmachu zjawił się mężczyzna, upoważniony do przeprowadzania tego rodzaju uroczystości.
- Hassanie, bądź poważny. Tym razem bądź – rzucił na wejściu urzędnik, sądząc po wyglądzie – równolatek poprzedniczki.
- Oczywiście.
Jednak nim zdążył rozpocząć całą ceremonię, Marynia zerwała górę swojej sukienki, odsłaniając tułów pokryty materiałami wybuchowymi.
- Całe życie na to czekałam – rozpoczęła – więc w gwoli wyjaśnienia, jeżeli już macie zginąć. Wszystko zaczęło się w wieku dziesięciu lat, już wtedy wymyśliłam ten atak, ale czekałam i czekałam na odpowiedni moment... Chciałam wyjebać w kosmos jakiś kościół, równocześnie zachowując równowagę ducha przed pójściem do nieba. Okazało się to niewykonalne...
Chwilę później mieszkańcy miasta poczuli eksplozję. Wszystkie gołębie zerwały się z okolicznych domów, upuszczając kilka kup na żarzące się jeszcze pobojowisko.

Opublikowano

Witam!!!
Ten odcinek jest lepszy od poprzedniego. Nikt się nie mógł spodziewać, że terrorystką okaże się kobieta i to w dodatku jeszcze z kraju nadwiślańskiego. Sprytnie odwróciłeś uwagę czytelnika poprzez scenę z kopaniem grobu, by później przywalić na finisz.
Z interpunkcją radzisz sobie coraz lepiej. Przed "co" zgubiłeś przecinek.
Ogólnie to tekst jest wciągający.
Tak trzymaj!!!

Opublikowano

No tak, wiemy, że nas zaskoczysz, ale nie wiadomo jak, kiedy i gdzie... Kluczysz, lawirujesz, wyprowadzasz w pole, aby w końcu "przywalić w łeb" w najmniej spodziewanym momencie :-))))). Przednia zabawa! :-)). Z tekstu na tekst coraz fajniej, jakieś nowe sformułowania się pojawiają. Rozwijasz się w tempie ponaddźwiękowym :-)

Opublikowano

Jay Jay wprowadziłeś do opowiadania niesamowitą atmosferę; ciekawość dodatkowo pogłębiłeś dzięki zastosowaniu zwrotów akcji . pozatym, standardowo w Twoim wykonaniu nieoczekiwane zakończenie, wszystko na +

pozdrawiam serdecznie Espena Sway :)

Opublikowano

nie jestem znawcą pisania prozy - uwielbiam ją czytać, dlatego na tym forum spędzam bardzo wiele czasu :-) i zawsze podobało mi się Jay twoje pisanie. zaskakiwałeś mnie - tak jak wszystkich. jednakże tym razem nie przypadło to w moje gusta. ja tam od razu się domyśliłam, że ona ich wysadzi ;-) ale sama akcja jest przekombinowana. kurczę, jak czytam niektóre twoje opowiadania to mi ciarki przechodzą. teraz nie przeszły. moim subiektywnym zdaniem (a czy zdanie może być obiektywne? ;p) niższy niż zawsze Kapuściński, ale ze swoim Jayowskim akcentem ;-)

pozdrawiam
kalina

Opublikowano

Jak zwykle u Ciebie dobry pomysł, zabawny tekst, zaskakujący finał, ale tym razem przefajnowałeś. Trochę pokrętna stylistyka jest do przyjęcia, popełniłeś jednakowoż jeden kardynalny błąd: piszesz o wizycie Marysi (może już Miriam) w barze, wspominasz też o plaży naturystów. I gdzie to wszystko lokalizujesz? W Arabii Saudyjskiej - najbardziej muzułmańskim wśród muzułmańskich państw, gdzie system prawny oparty jest na szariacie.
No, gdybyś to przeniósł do Egiptu, czy Tunezji, to jeszcze, choć nie sądzę, by i tam były plaze dla golasów.

Opublikowano

Na początek literówka "wszystkie szary komórki" I imę chłopaka raz Hassan, co by wynikało ze sposoby przedstawienia się, ale skąd Ahmed? IMO przekombinowane trochę, wyrzuciłbym zbędne rekwizyty, np towar przed wylotem. Rozumiem pisane w pewnej konwencji, ale jest troche nadmiaru w tym wszystkich. I dygresje narratora te o tym tłumaczeniu i fotelach z Groclinu, też nic nie wnoszą, na pewno ta pierwsza, to się rozumie samo przez się, choć sam dialog napisany w stylu kaszubsko-angielsko-arabskim byłby świetny, tą drugą zamieniłbym na jakąś dygresję w stylu fotele z oryginalną groclińską tapicerką.
I tak na zakończenie zakręcone, Arab katolik, Polka muzułmanka-terrorystka. Masz pomysły:-)
Pozdrawiam
W

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Łukasz Wiesław Jasiński Dziękuję! No cóż, starałam się przejrzyście, logicznie, po prostu. Pozdrawiam 
    • @Poet Ka, dziękuję i pozdrawiam.
    • Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się od czarownic. Paracelsus
    • 20:48 M. 7 Al-Si [Jeśli mam mieć tylko Twój żar] Jacques Brel Jeśli mam mieć tylko Twój żar, by odziać nas w cud I ubrać w słońca czar przedmieść tych tęczę złud, Jeśli mam mieć tylko Twój żar Tylko dla tańca bzów - Jest mojej piosenki wart I ukojenia tchu... Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ranek ubrać - w mgłę, Jak biednych i tych co ich czart.. - W płaszcze wyszywane snem Jeśli mam mieć tylko Twój żar I modły, które do nieba ślę Za bolączki, jakie zna świat, Jak trubadura śpiew Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby ofiarować tym, których jedyna gra To wejść w światła rym Jeśli mam mieć tylko Twój żar Aby wytyczyć szlak I znaleźć drogę wśród mar Tam, gdzie dróg wciąż brak Jeśli mam mieć tylko Twój żar By przekrzyczeć huk dział I tylko ten hymn, co ciszę skradł, By werblowi kazał, by zamilknąć chciał Wtedy, mając jedynie za broń Siłę, którą daje Twój żar, Wtedy ujmiemy w dłoń, Przyjaciele – Cały świat! "Zaraz będę ) za chwilę....( I. Od chryzantemy do chryzantemy Rozpadają się przyjaźnie Od chryzantemy do chryzantemy Zanikają w naszej jaźni ci, których kochaliśmy. Od chryzantemy do chryzantemy Inne kwiaty robią, co mogą Od chryzantemy do chryzantemy Mężczyźni płaczą; kobiety płyną obok. Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zawlec znów swoje kości stare Do słońca, aż do lata, Do wiosny, aż do jutra... Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zobaczyć raz, czy rzeka Ciągle jeszcze czeka, czy zatoka Jest dalej przystanią, znów tam stanąć... Zaraz będę, za parę chwil Ale dlaczego ja, czemu teraz Dlaczego już i dokąd, i po co mam iść ? Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, Zawsze byłem tylko przybyszem... Od chryzantemy do chryzantemy Za każdym razem coraz bardziej stary, Od chryzantemy do chryzantemy Coraz bardziej nie do pary... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów wsiąść w miłość, na gapę, Jak wsiada się w autobus, By już nie być sam, By być na czyimś progu, Znowu czuć się dobrze, tam... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów gwiazdami nakarmić Drżące ciało i paść martwy Miiłością spalony jak słońcem, Z sercem spopielonym... Zaraz będę, za chwilę.,. To nawet nie ty jesteś wcześniej - To ja już się spóźniłem Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, że będę Czy kiedykolwiek byłem kimś innym, niż przybyszem"? II. Oczywiście, przechodziły(-ście) burze: Dwadzieścia lat, to miłości )zgrubny( szal - Tysiąc razy, pakowałaś torby, (spałaś w biurze) Raz, tysiąc, wzbijałam/liśmy się w powietrza ]dal[ I każdy tu pamięta kąt, W tej } szpitalni { bez kołyski: Wybuchy, ]dawnych[ burz(y swąd); Nic nie przypomina(ło) niczego innego(whisky?) Tobie odebrało }wody{ smak(to błąd!) A mnie smak podbojów(dla oldbojów). Tak, Ale miłości ma Ma słodka, ] nie-[czuła ma cudowna miłości! Ja/Od (jasnego!)świtu aż do {końca} dniaWciąż cię kocham, wieszKocham cię Ja znam wszystkie )twoje( zaklęcia Ty znasz wszystkie Czary- [Mary me] Wodzi(a)łaś mnie z pułapki (do pułapki) szarmanckiego( -księcia Od czasu (do czasu), traciłe/am }cię{ Oczywiście, miałaMś kilku kochanków Musieliśmy (jakoś) zabić czas: Ciało musi się radować }o poranku] ]w ranku [ Ale w końcu, w końcu nad/nas... Potrzebowaliśmy mnóstwa talentu/jak kwlazł, właz Aby się zestarzeć, nie będąc dorosłymi {zejdź z ganku!} Im więcej czasu nas otacza I tym więcej )czasu( nas dręczy czas Ale czyż to nie najgorsza pułapka[nagra,cza] Dla kochanków, by żyli w pokoju (zgodnie,wraz)? Oczywiście, płaczesz trochę mniej, wkrótce Rozpadam się trochę później] kawałki/na[ Mniej chronimy nasze sekrety (przed/po wódce) Mniej pozostawiamy przypadkowi}-naj( Nie ufamy nurtowi życia. Pokrótce: malutcy!!! Tak.Ale to wciąż delikatna wojna(ciał/maj) [Instrumentalne zakończenie] Moja płaska ziemia Gdy Morze Północne uparcie bije w wysokich wydm asfalt, A białe płatki piany sypią się na ich grzbiety, Gdy gwałtowny przypływ uderza w czarny bazalt A mgła szara opada na wałów szkielety, Gdy podczas odpływu plaża jest dzika jak pustynia A mokry zachodni wiatr syczy jadowicie Wtedy moja ziemia stawia opór… staje się, zaczynia, Moja płaska ziemia… Moje stłamszone życie... Gdy deszcz moczy ulice, place i rabaty, Dachy i iglice strzelistych aktów kościołów, To jedyne góry na tej płaskiej ziemi bez kwiatów... Gdy ludzie to karły pod okiem aniołów... I gdy dni mijają w nudnej zwyczajności, A wzburzony wiatr wschodni sprawia, że ziemia jeszcze bardziej się płaszczy w swej uniżoności, Wtedy moja ziemia czeka… Moja płaska ziemia… Na której nie ma Ni zwierza, Ni człowieka Gdy niebo nad nami leżące delikatnie muska płaską wodę, Gdy ciążące niebo uczy nas pokory, Gdy niebo lekceważące dla pozoru się staje szare jak łupek z piekła rodem, Kiedy niebo na nas leżące jest blade jak glina, jak skóra chorych, Kiedy wiatr północny dzieli polder na cztery, Kiedy północny wiatr kradnie nam oddech, Wtedy moja ziemia pęka jak te poldery… Moja płaska ziemia… Mój wieczny bez, bezoddech... Kiedy Skalda lśni w południowym słońcu, A każda Flamandka zakłada letnią sukienkę, Kiedy pierwszy pająk tka pajęczyny w końcu, A pola tulipanów parują w lipcowym słońcu, przepięknie Kiedy południowy wiatr buszuje w zbożu, Kiedy wiatr południowy raduje się drogą i bezdrożem Wtedy moja ziemia świętuje… Moja płaska ziemia… Moje serce już niczego Nie żałuje... ─── WAŻNE STRONY

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W porcie Amsterdam W porcie Amsterdam Są żeglarze, co śpiewają I sny, co sen odbierają, U wybrzeży portu Amsterdam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy śpią Jak sztandary, co lśnią Wzdłuż ponurych brzegów. Tam. W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy umierają Pełni piwa i dramatów z annałów O świcie, tam w porcie Amsterdam. Lecz w porcie Amsterdam Są żeglarze, co rodzą się W gęstym upale i nie rzadszej mgle Od oceanów ospały port Amsterdam, tam. ─── W porcie Amsterdam Są żeglarze, którzy chcą jeść Na zbyt białych obrusach, jak ich życia treść Ociekająca rybami – port Amsterdam. To nie przystań dla dam! Pokazują ci zęby całkiem połamane, Które sprawiają, że chcesz W jabłko Fortuny wgryźć się, Aby księżyc ubolewał, Że całuny chcą żreć, I pachnie dorszem żołądka treść... W samym jądrze frytki, Którą biorą w swoją wielką dłoń, By wrócić, wstają ze śmiechem do bitki. W burzliwym hałasie Zapinają rozporki i wychodzą, bekając w niedoczasie. W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, Pocierając brzuchy, jak zwyczaj każe, O brzuchy kobiet. Kręcą się, tańczą jak w żałobie, Jak wypluwane słońca, W rozdartym dźwięku skwaszonego akordeonu, tak bez końca. Wykręcają szyje, Aby lepiej słyszeć swój śmiech, co buty szyje, Aż nagle akordeon gaśnie. Wtedy z poważnym gestem, a potem z dumnym spojrzeniem, tak właśnie, Wyciągają swoich bękartów z powrotem na światło dzienne I piszą testament w synaptyczny atrament.... ─── W porcie Amsterdam Tańczą marynarze, którzy piją, I piją, i piją znowu, I piją jeszcze trochę, każdy sam. Piją za zdrowie Amsterdamskich kurw Z Hamburga czy gdzie indziej tam: Z wszystkich tych dziur. Wreszcie piją zdrowie dam, Które im udzieliły swoich pięknych ciał, Które dają im swoją cnotę cnót, Za złotą monetę obciągają drut. A kiedy wreszcie nasycą się, Wtykają nosy w niebo, Wydmuchują nosy w całun gwiazd, Sikają się, jakby im zbierało się na płacz Nad niewiernymi kobietami, z którymi trzeba... W porcie Amsterdam, W porcie Amsterdam, W porcie nie dla dam, Porcie, gdzie każdy sam. ─── Marieke Jacques Brel Aj Marieke, Marieke Kochałam cię tak cudnie Między wieżami Gandawy I Brugii Aj Marieke, Marieke Dawno temu, zmienne l złudnie Między wieżami Brugii i Gandawy Bez miłości, cudnej miłości Wiatr wieje, cichy wiatr Bez miłości, pełnej miłość Morze płacze, szara morza dal... Bez miłości, cudnej miłości Światło cierpi, światło w cień A piasek trze moją ziemię przemiłą Moją płaską ziemię, o mojej Flandrii sen Aj Marieke, Marieke Flamandzkich nieb Kolor wież Z Brugii i Gandawy niesie się Aj Marieke, Marieke Flamandzkie niebo daję w zastaw Płacz ze mną Od Brugii do Gandaw Bez miłości, cudnej miłości Gdy wieje wiatr, to już koniec Bez miłości, pięknej miłości Gdy morze płacze, już skończone Bez miłości, gdzie jest cudna miłość? Gdy światło cierpi, wszystko w cień A piasek harata moją ziemię, co skryła... Moja płaska ziemia, mój o Flandrii sen. Aj Marieke, Marieke Me flamandzkie niebo nieb Czy było ciężkie zbyt, Marieke? Z Brugii aż do Gandawy het? Aj Marieke, Marieke Od twoich dwudziestu lat Które tak pokochałem w mig? Z Brugii do Gandawyv aż Bez miłości, cudnej miłości Gdy śmieje się diabeł, czarny czort Bez miłości, pięknej miłości Gdy moje serce płonie, me serce, bo; Bez miłości, cudnej miłości Gdy umiera lato, smuci się czas A piasek szoruje moją ziemię tak miło Moja płaska ziemio, o Flandria na 5 Aj Marieke, Marieke Czas powraca powraca czas Z Brugii do Gandaw żyje w nas Aj Marieke, Marieke Zawraca czas Gdy kochałaś mnie Z Brugią i Gandawą wraz Aj, Marieke, Marieke Wieczorem w sam raz Entre les tours De Brugges à Gand Aj, Marieke, Marieke Każdy staw Otwiera wrota bram van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4) van Brugge naar Gent (x4)  III. Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas - Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostaw mnie tu Mnie nie zostaw, nie Mnie nie zostaw mu... Nie zostawiaj mnie Już zapomnieć czas, Co nam wszystko skradł I: zapomnieć czas Życia wieczny zbieg Zapomnieć nieporozumień czas I straconych lat... Wiedząc jak Wciąż martwić się, jak Zapomnieć o dniach, które niosły jad Wymierzając cios W sam serca splot  [2] Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj tu Nie zostawiaj, chcę... Nie zostawiaj: Złu Ja dam ci Perły dżdżu Z krain tych, Gdzie nie pada znów I wydrążę z ziem Aż po śmierci tlen by skryć ciało twe W całun światł i złót I stworzę świat, gdzie miłość będzie królem twym miłość - prawem mym A królową - ty Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, bo... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, co... Nazbieram ci słów słów Bez sensu, lecz Ty zrozumiesz je... Opowiem ci baśń O kochankach tych Co widzieli razy dwa Jak płoną serca ich I: opowiem ci Baśń, jak ten król Co go zabił ból, bo Nie mógł spotkać twych dni Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, kto... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, to... widzieliśmy nie raz jak Ogień tryska znów Z góry starej jak świat Wulkanu, co wszak... Nie nów Przecież mówią wszem, że Ze spopielonych ziem lepszy diamentów plon, Niż z kwietniów wszech, bo on.. A gdy nadejdzie sen niebo w ogniu ma stać Wtedy Czerwień i Czerń swój ślub będą brać Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj, czy... Mnie nie zostaw, nie Nie zostawiaj, mi... Nie płaczę już Nic nie mówię, bo... Schowam się tuż tuż Patrzę na twą dłoń Patrzę przez twą skroń Patrzę w twoją toń ... Tańczę i śmieję się I słuchając cię Śpiewam, a potem milknę jak i gdzie... Daj mi ostać się Jako cień twego cienia cień twojej ręki cień,a nawet cień twojego psa Nie zostawiaj mnie  Nie zostawiaj, już... Mnie nie, nie Nie zostawiaj, tuż... ... Tuż ...   @Michał Pawica## Wstęp: List otwarty do Mistrza Wojciecha    
    • @Mel666   sierść jeży mi się na karku jak czytam ten wiersz.  Oryginalne pisanie. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...